Umysł nasz codzienny

Pierwszą oczywistością, z jaką się spotykamy patrząc na człowieka, ale też żyjąc się, ruszając, działając jest ciało. Pojawiając się na tym świecie w sposób oczywisty dla otoczenia pojawiamy się jako ciało. Mamy jednak podstawy, aby sądzić, że ciało to nie wszystko. Każdy z nas kiedyś widział „samo ciało”. „Samo ciało” jest martwe. Na żywe ciało składa się jeszcze coś. Nazywamy to duchem, duszą, psychiką, umysłem. Z tych wszystkich określeń, do potrzeb tych rozważań wybrałam słowo „umysł”, gdyż – w moim poczuciu – jest najbardziej neutralne znaczeniowo, najmniej zabarwione różnymi systemami przekonań.

Problem ludzkiego umysłu i jego funkcjonowania był niejednokrotnie poruszany na przestrzeni dziejów, zarówno w aspektach biologicznych, psychologicznych, jak i filozoficznych. Mimo to, wciąż w zasadzie nie wiemy, czym jest umysł. Nie ma smaku, zapachu ani koloru. Nikomu jeszcze nie udało się go schwytać, wyodrębnić, wypreparować z ciała. Nikomu nie udało się pokazać umysłu palcem czy wziąć do ręki i powiedzieć: „To jest umysł „. A jednak niezaprzeczalnie żywe ciało różni się od martwego, co więcej, ciało pozbawione tego nieuchwytnego umysłu bardzo szybko zaczyna się rozpadać i na końcu jego atomy wracają do ogólnego obiegu atomów w przyrodzie, tworząc nowe ciała fizyczne niekoniecznie ożywione, a jeśli ożywione – niekoniecznie ludzkie. Atomy, jakie kiedyś budowały nasze ciało, mogą zbudować kamień, drzewo czy dżdżownicę.

Naukowcy, uznają, że z chwilą śmierci ciała, umiera też umysł. Jego istnienie jest możliwe dzięki specyficznej konfiguracji atomów, jakie składają się na żyjące ciało. Kiedy ciało się w jakiś sposób nieodwracalnie psuje, umysł psuje się również. No fakt, patrząc z drugiej strony – w martwym ciele nie da się stwierdzić naukowo ani śladu umysłu. Jesteśmy więc, wg nauki, ciałem generującym umysł.

Co jednak w takim razie dzieje się z atomami w żyjącym ciele? Jak generują one umysł? Okazuje się, że atomy obecne w żywym ciele też stale wracają do przyrody, nieustannie ulęgając wymianie. Powszechnie panuje pogląd, że co siedem lat następuje ich pełna wymiana. Nie do końca odpowiada to jednak wynikom badań, wedle których np. prowadzonych w Oak Ridge Atomic Research Center, aż 98% wszystkich atomów ludzkiego ciała ulega wymianie w ciągu roku. Każdego miesiąca wymieniają się atomy skóry, co sześć tygodni wątroby, a w ciągu zaledwie pięciu dni wymienia się błona wyściełająca wnętrze żołądka. Nawet nasze kości nie są tak trwałe ani niezmienne jak mogłoby się wydawać; te, które mamy dzisiaj są inne niż rok temu. Eksperci stwierdzili, że całkowita wymiana atomów w ciele następuje nawet nie raz na siedem, ale przynajmniej raz na pięć lat. Oznacza to, że pięć do siedmiu lat temu nasze ciało składało się z zupełnie innych atomów niż obecnie, było innym ciałem. Ale raczej nie czujemy, że nasz umysł co pięć, siedem lat staje się innym umysłem. Do tego, atomy opuszczające nasze ciało wędrują sobie gdzieś po świecie i być może… wchodzą w skład naszego dzisiejszego obiadu. Jednak nie wędrujemy w naszym poczuciu z tymi atomami po całym świcie. Raczej, nawet w żywym ciele, nie są one umysłem, a w każdym razie – naszym indywidualnym umysłem.

Współczesna nauka sądzi, że jest w naszym ciele szczególny organ – mózg i to właśnie on tworzy nasz umysł. Może więc, przynajmniej jego atomy są bardziej „stabilne? Okazuje się, że nic z tego. Ponoć materia tworząca każdą z komórek mózgu odnawia się całkowicie co trzy dni. Szara masa materii zamknięta obecnie w naszej czaszce – nie jest tym samym mózgiem, który mieliśmy… w ubiegłym tygodniu, ale wcale nie czujemy abyśmy mieli inny umysł. W ciągu statystycznie długiego życia ciała, struktura makromolekularna jego komórek nerwowych odnawia się blisko dziesięć tysięcy razy, ale nasz umysł często wręcz opiera się zmianom, nawet gdy są dla nas korzystne. Wiemy jak trudno jest zmienić poglądy, postawy, przekonania, wierzenia.

Możemy zaakceptować nieustanną zmienność naszych ciał, zresztą nie trzeba sięgać w głąb molekuł, wystarczy spojrzeć np. na swoje zdjęcie z dzieciństwa. Wiemy, że to my, ale jaka różnica! W tym nieustannym morzu molekularnych przemian istnieje jednak jakiś nieuchwytny czynnik, który sprawia, że wciąż w umyśle czujemy się sobą, tym, który doświadczał tamtego ciała sprzed lat. Było to inne ciało, ale też nasze. To nie ciało, ale umysł zapewnia ciągłość naszym doznaniom.

Wymiana atomów w ciałach nie dokonuje się jednak chaotycznie. Jest sterowana przez precyzyjny program. Według nauki program ten zawarty jest w genach, naznacza on każdą komórkę specyficznym kodem przynależności do tego, a nie innego ciała. Przyswajając na jakiś czas pewien atom włączamy go w nasz własny indywidualny i kompletnie niepowtarzalny styl budowania ciała. Może więc, umysł jest po prostu programem w naszych genach, odbiciem naszej dziedziczności. Tylko, że DNA jest nośnikiem informacji genetycznej, nie jest informacją.

Czym jest informacja, a czym jej nośnik? Informacja, z łac. informatio – przedstawienie, wizerunek; informare – kształtować, przedstawiać, w różnych dziedzinach jest definiowana w różny sposób. Zasadniczo można je jednak podzielić na dwa podejścia. Pierwszy wywodzący się z fizyki i matematyki aspiruje do miana obiektywnego. Informacja oznacza tu pewną własność fizyczną lub strukturalną obiektów, której istotą jest zmniejszanie niepewności (nieokreśloności). Zgodnie z drugim, subiektywnym (kognitywistycznym), informacją jest to, co umysł jest w stanie przetworzyć i wykorzystać do własnych celów. Informacja istnieje więc jedynie względem pewnego umysłu, niekoniecznie ludzkiego, gdyż jedynie umysł jest w stanie nadać elementom rzeczywistości znaczenie (sens) i wykorzystać je do własnych celów. Mimo istnienia rozlicznych definicji, podobnie jak umysłu, informacji nikt dotąd fizycznie nie wyodrębnił od jej nośnika i nie pokazał palcem: „O, to jest informacja”.

Nośnik informacji to natomiast przedmiot, obiekt umożliwiający fizyczne zapisanie danego rodzaju informacji, a także jej późniejsze odczytanie (odtworzenie). Możemy go wziąć do ręki, pokazywać, badać. Jednak ten sam nośnik informacji może służyć do zapisu bardzo różnych informacji, np. ten sam sterownik może służyć do sterowania budową czołgu i urządzenia medycznego. Wiadomo, potrzebny jest program. Tylko, że program musi zostać napisany – stworzony. I tu nauka uznaje, że niezwykle skomplikowany program, jaki steruje budową i działaniem organizmu człowieka, po prostu sam się napisał, lub został napisany przez Ewolucję, czyli pewien samosterujący się proces. Można by tu jednak postawić pytanie: jak został napisany program tego procesu, itd. Kończy się ostatecznie na: „To się robi samo”.

Nauka przekonuje nas, że DNA jako nośnik informacji, koduje wszystkie cechy organizmów żywych, jednak nie wyjaśnia to w żaden sposób, jak koduje umysł, bez przyjęcia założenia, że umysł jest po prostu cechą organizmu żywego, jest wytwarzany przez mózg tak jak sok żołądkowy przez żołądek, czego nie udało się dotąd jeszcze nikomu udowodnić.

Ponadto, jeśli ludzki umysł jest tworzony przez geny, a jedynym celem wg nauki tychże genów jest rozprzestrzenianie własnych kopii, to mając coraz doskonałe, schronienie, coraz więcej jedzenia powinniśmy płodzić tabuny ciał-umysłów. Jednak najbogatszych krajach przyrost naturalny zamiast piąć się na szczyty, zdąża ku czeluściom demograficznego dna. Wygląda więc, że ten umysł stworzony przez samolubne geny, które nic innego nie mają na celu jak tylko się reprodukować, robi dokładnie na odwrót. Nasze cywilizowane umysły stworzyły środki antykoncepcyjne, nie mówiąc już o zgrozo, o celibacie. W dodatku, niektóre z umysłów do tego stopnia angażują się w realizację jakichś tam własnych wizji, że w ogóle zdają się zapominać o rozmnażaniu. Im ciała mają lepsze warunki do rozrodu, tym mniej chce się umysłom rozmnażać, tym chętniej zajmują się czymś, co z rozmnażaniem genów nie ma nic wspólnego. Czyżby błąd genetyczny?

Mimo wysiłków wielu uczonych i mnóstwa pieniędzy przeznaczonych na badania, w dalszym ciągu nie mamy pojęcia jak ma się umysł do naszego ciała. Przy czym należy zauważyć, że stawiane przez naukę hipotezy zakładają bez dowodu, czyli wierzą, że to mózg generuje umysł, co oczywiście wpływa na konstrukcje procedur badawczych i uzyskiwane wyniki. A według niektórych, to, w co kto wierzy, to i znajdzie. Otrzymywane dane interpretowane są po prostu przez pryzmat własnych przekonań. I tak to, jak mówi znany kawał, mucha po wyrwaniu szóstej nogi głuchnie i nie reaguje na polecenie „chodź”.

Może więc, zamiast szukać umysłu w materii, spróbujmy przyjrzeć się naszemu doświadczeniu i poszukać umysłu we własnym wnętrzu. W końcu najbliższy ciału własny umysł. Kiedy zagłębimy się w nasze doświadczenie możemy odkryć, że nie percypujemy prostej aktywności własnego ciała, ale aktywność wzbogaconą o oceny, znaczenia, wolę, pamięć przeszłych doświadczeń, wizje przyszłości. Odsłania się przed nami cały nasz niezwykle bogaty świat wewnętrzny. Nasze doświadczenia umysłowe mogą być do tego stopnia intensywne, że spychają świadomość ciała na dalszy plan, pałęta się ono gdzieś na obrzeżach świadomości… Zdarza się czasami, że nawet w ogóle o nim zapominamy lub czujemy się jakbyśmy przebywali poza nim. Zajęci aktywnością umysłową potrafimy zapomnieć o jedzeniu i spaniu, a nawet zabić własne ciało. Nasza świadomość jest często niemal wyłącznie świadomością umysłu.

Ciało może ujawnić się nam jako jeden z obiektów postrzeganych przez umysł, a przez to w pewien sposób do umysłowi obcy, który może być przez umysł badany i analizowany. Paradoksalnie za każdym razem jednak, kiedy wnikamy umysłem w doświadczenie ciała odkrywamy umysł. Ciało wymyka się nam, przekształca w emocje, znaczenia, intencje.

Kiedy obiektywnie szukamy umysłu w ciele nie znajdujemy go tam, ale kiedy subiektywnie szukamy ciała w umyśle znajdujemy umysł. Patrząc z zewnątrz, na innych ludzi widzimy ciało i domniemujemy, że zawiera ono umysł, patrząc od wewnątrz siebie widzimy umysł i postrzegamy ciało jako jedno z doświadczeń umysłu.

Jeśli jednak przyjrzymy się dokładnie sytuacji zauważymy, że zawsze mamy do czynienia jedynie z własnym subiektywnym doświadczeniem generowanym przez umysł bez względu na to czy uznajemy go za twór materialny czy niematerialny. Skąd wiemy, że w ogóle mamy ciało? Bo informuje nas o tym umysł. Nie możemy wyjść na zewnątrz siebie i spojrzeć na siebie czy innych inaczej niż pomocą umysłu. Zawsze patrzymy z wnętrza. Nawet patrząc na własne ciało w lustrze nie widzimy siebie, a jedynie obraz własnego ciała, uwaga! odbity w lustrze własnego umysłu i wbrew pozorom wcale nie identyczny.

Nawet gdybyśmy nie wiem jak staraliśmy się zachować naukowy obiektywizm, zawsze patrzymy na świat, postrzegamy świat naszym subiektywnym umysłem. Np. uważamy, że patrzymy na obiektywnie istniejącą przed nami wiosenną, zieloną trawę i trawa w naszym pojęciu jest obiektywnie zielona, widzimy ją obiektywnie zieloną na zewnątrz siebie. Faktycznie, w polu percepcji naszego umysłu pojawiło się coś, czego np. fizycy nie nazywają jednak zielenią, ale określoną długością fali elektromagnetycznej. To coś dekodujemy jako zieleń, ale nie istnieje możliwość przekonania się jak to, co w naszym umyśle jawi się jako zielony kolor ma się do rzeczywistej własności trawy zwanej przez nas zielenią. Właściwość trawy i percepcja jej przez umysł nie muszą być tożsame. Co więcej, w ogóle nie wiemy czy tam jest jakaś trawa, a może… tylko to wszystko sobie umysł wymyśla. Nie wiemy, czy percypujemy zewnętrzny obiektywny świat czy projektujemy nasz subiektywny świat na zewnątrz. Chodzą słuchy, że i tak i tak. W końcu skądś się nasze doznanie bierze, ale czy wiernie odzwierciedla obiektywną rzeczywistość? Czy trawa jest zielona, czy tylko my ją widzimy zieloną? Nie możemy też wyjąć oczu z własnej głowy i zamienić ich z innym człowiekiem, stąd też nie wiemy, czy nasze doświadczenie zieleni jest identyczne z doświadczeniem zieleni innej osoby. A gdybyśmy mogli nawet zamienić się receptorami, to te nie mamy pewności, co by było, gdybyśmy nasze oczy podpięli do innego mózgu.

Im bardziej w to wszystko wnikamy, zakładając otwartość umysłu i gotowość do ryzyka poznawczego, tym bardziej widzimy, że nic nie wiemy. Cały nasz gmach wiedzy wisi w powietrzu, jest zbudowany na piaskach naszych systemów przekonań. Nie wiemy, czym jest materia, nie wiemy, czym jest energia, nie wiemy, czym jest umysł, choć mamy na ten temat – nieraz bardzo stabilne – osobiste przekonania, ale potem na takim subiektywnym fundamencie budujemy cały nasz poznawczy gmach „obiektywnej” wiedzy, który przy bliższej analizie podkopuje sam siebie.

Popatrzmy np. co nam mówi współczesna nauka o tym jak poznajemy świat. To, co nazywamy zewnętrznym światem percypujemy przez wąziutkie szpareczki naszych narządów zmysłów. Znajdują się w nich eksteroreceptory. Nawiasem, mamy też interoreceptory pozwalające odbierać bodźce z wnętrza ciała. Aby jednak nie komplikować sprawy, skupmy się na eksteroreceptorach. W każdej chwili oddawani jesteśmy niepoliczalnej liczbie bodźców. Gdybyśmy nie dokonywali ich redukcji, nie bylibyśmy w stanie osiągnąć jakiegokolwiek statycznego obrazu świata. Nasz świat byłby chaosem. Skąd my to znamy? Na początku był Chaos…

Napływające informacje są przez narządy zmysłów nie tylko odbierane, ale i segregowane. Tylko niewielka ilość z nich jest przepuszczana. Przy tym, narządy zmysłów nigdy nie mają do czynienia bezpośrednio z przedmiotem, ale z emitowaną przez niego energią chemiczną, mechaniczną, termiczną. Każda z tych energii aby zostać zarejestrowaną musi posiadać pewną minimalną wielkość, również nie wszystkie jej zmiany są rejestrowane. Receptory ludzkiego oka są zdolne do odbioru energii fal elekromagnetycznych odpowiadających długościom tzw. „światła widzialnego”. Fale krótsze – nadfiolet i dłuższe – podczerwień nie są dla oka ludzkiego widzialne. Ucho może zarejestrować określony zakres drgań na sekundę, pewnych dźwięków po prostu nie słyszymy. Receptory temperatury określony przedział temperatur. Powyżej i poniżej tego zakresu działanie energii termicznej powoduje wrażenie bólowe.

Każda z energii jest odbierana przez inny rodzaj zmysłów. Zadziałanie energii niezgodnej z przeznaczeniem danego receptora, powoduje jej przekazanie dalej w formie specyficznej dla tego receptora informacji. Mechaniczny ucisk na gałkę oczną (energia mechaniczna) zostanie odebrany jako wrażenie świetlne. Jest to tzw. prawo swoistej energii zmysłów.

Po odebraniu pewnej porcji energii receptor „odpoczywa” i wtedy przez pewien krótki czas jest niewrażliwy na bodźce, co znaczy, że ich nie odbiera. Zebrane przez receptory informacje są następnie przekazywane w formie prądu czynnościowego do mózgu, a ponieważ liczba włókien nerwowych jest mniejsza niż receptorów, następuje dalsza redukcja informacji, tym bardziej, że budowa włókna nerwowego pozwala na przekazanie tylko pewnej ograniczonej porcji informacji w jednostce czasu. Na koniec informacja dociera do centrów integracji i regulacji w ośrodkowym układzie nerwowym, gdzie jest konfrontowana z materiałem zgromadzonym i zakodowanym w pamięci. Następuje kolejne uporządkowanie i redukcja danych, przy czym istnieje pewna granica tolerancji na rozbieżność informacji z już posiadanymi w umyśle wzorcami, czyli przeszłymi doświadczeniami. Informacje zbyt odchylające się od wzorców są odrzucane. Ale to nie wszystko, bo posiadane w umyśle wzorce ukierunkowują również działanie narządów zmysłów. Pomyślmy, co dostrzegamy idąc przez miasto, kiedy jesteśmy głodni? Więcej, jeśli tak bardzo jesteśmy przekonani, że zobaczymy linię prostą, że uprzedzając fakt w odpowiedzi na linię wykonujemy gałką oczną ruch prosty, zobaczymy krzywą jak prostą. Zresztą, zmysł wzroku jest najbardziej podatny na złudzenia, a właśnie to z niego czerpiemy najwięcej informacji o otoczeniu. Tak więc nasze mózgi, choć jak wynika z pewnych danych nie koniecznie umysły, nie mają do czynienia ze światem jako takim, ale światem stworzonym z tej części danych, które zostały wydzielone z chaosu informacji i przełożone na „język” układu nerwowego. Nie mamy do czynienia ze światem, ale naszym obrazem świata wykreowanym na bazie wyselekcjonowanych danych.

Wyłaniamy nasz własny świat z pierwotnego chaosu, w sposób, jakiego nauczyliśmy się od naszych przodków. Jest to jednak jeden z milionów światów możliwych do wydobycia z niego. Inne istoty, posiadające inne narządy zmysłów, mogą z niego wydobyć zupełnie inne światy. Jeśli więc nie postrzegamy czegoś dajmy na to duchów, to nie koniecznie dlatego, że nie istnieją. Być może dlatego, że ich nie potrafimy postrzegać, bo nie mamy odpowiednich receptorów, czy dlatego, że postrzeganie duchów nie mieści się w naszych schematach percepcyjnych. A jeśli ktoś obok nas postrzega, dajmy na to krasnoludki, których my nie widzimy, to czy widzi coś, czego nie ma czy coś, czego my nie umiemy zobaczyć? A jeśli ktoś doświadcza obecności Ducha Świętego w postaci białej gołębicy, ma objawienie niematerialnego Duchowego Bytu czy ma „ptoka”? Jeśli jeden człowiek coś widzi, a wszyscy inni nie, to widzi coś, czego nie ma, czy coś, czego wszyscy inni nie widzą…

No tak… Jednak, chciałabym zwrócić uwagę na to, że przedstawiany powyżej obraz percepcji jest tylko koncepcją, uznawaną w świecie nauki, ale koncepcją. Nie wiemy czy tak jest obiektywnie, ale tak zinterpretowaliśmy dostępne nam dane. Problem polega jednak na tym, że cała ta koncepcja totalnie neguje możliwość obiektywnego poznania, aspirując do miana bycia obiektywnym efektem obiektywnych badań. Umysł usiłując badać i poznawać samego siebie na sposób podobny jak poznaje pojawiające się w świadomości obiekty zapętla się

Jeśli się zastanowić, to nasza percepcja jest tak ograniczona, że wszelkie nasze wnioskowania dotyczące świata zewnętrznego są wątpliwe, łącznie z wnioskami dotyczącymi samej percepcji. W tym układzie umysł może być wszystkim i niczym, albo czymkolwiek np. motylem na wietrze (psyche – znaczy motyl, ale i umysł), słowem na początku i słowem na końcu, czy co tam jesteśmy wstanie sobie pomyśleć. Czy w tym układzie, można się dziwić ludziom, że żyjąc na tym świecie starają się przede wszystkim dobrze bawić, zamiast zastanawiać się nad tym, kim są i po co są na tym świecie?

Krystyna Kozikowska-Koppel