Skąd badacze wzięli umysły?

Często przy opisach ludzkiego umysłu można spotkać się z porównaniem do komputera. Ostatnio pojawiało się sporo głosów, wskazujących na niedostatki tej metafory, jednak ciągle trudno ją czymś równie nośnym zastąpić. Sugeruje ona jednak, że umysł człowieka to nic innego, jak procesor informacji, a myślenie jest niczym więcej, jak tylko przetwarzaniem informacji. Pomija się przy tym fakt, że komputer kompletnie nie rozumie znaczenia przetwarzanych danych. Mimo, iż komputery robią oszałamiające dla nas rzeczy, np. w ułamku sekundy przeszukują bazy danych i potrafią wyrzucić kilka milionów linków do stron, jakie zawierają interesujące nas słowa, jednak, nie znaczy to, że – w przeciwieństwie do użytkownika – komputer rozumie znaczenie tego, co robi. Nie znaczy to też, że komputer wpadł sam na pomysł np. w jakiej kolejności poukładać i zaprezentować nam wyniki wyszukiwania.

Używający metafory komputerowej do opisu działania mózgu wciąż dość powszechnie pomijają milczeniem rzecz najważniejszą – istnienie elektronika i informatyka. W końcu większość z nas na oczy ich nie widzi, kiedy pracuje na komputerze. Komputer działa zupełnie sprawnie bez nich. Łatwo jednak można zdać sobie sprawę, że układy scalone nie powstały same z pierwotnej zupy drogą magicznego doboru naturalnego, ani zaprogramowały się same poprzez przystosowanie, czyli adaptację do warunków środowiskowych. Przedtem musiał być elektronik, który złożył ten mechanizm i informatyk, który go, z wszystkimi błędami (!), zaprogramował.

Łatwo jest to sobie uświadomić, jeśli chodzi o dzieła ludzkie. Oczywistym jest dla ludzi, że domy nie zbudowały się same, samochody nie wyewoluowały z rudy metalu i paru innych rzeczy, autostrady same nie wyrosły pośród łąk i pól, a programy nauczania w szkołach nie wyewoluowały drogą dostosowywania się.

Znacznie trudniej jest dostrzec to w świecie umysłu, uchwycić myśliciela poza zasłoną, szczególnie, że myśliciel ten w żaden sposób nie chce stać się wdzięcznym obiektem naukowego eksperymentu. Eksperymentujący naukowiec, czy opisujący wyniki jego eksperymentowania popularyzator nauki, zapomina najczęściej o tym, o czym (w skupieniu na temacie) nieraz wygodnie jest zapomnieć – zapominają o sobie. Zapominają, że to całe to eksperymentowanie z umysłem i opisywanie umysłu dokonuje się w umyśle, który nie chodzi sobie po świecie samopas, ale jest własnością jakiegoś myśliciela. Takie „drobne” przeoczenia myślowe grają dziś ogromnie ważną rolę, zwłaszcza w tym, co nazywamy spopularyzowaną nauką. Dopiero, gdy badacz zaobserwuje, a popularyzator opisze istnienie myśliciela oraz wszystko razem porówna z tym, co zaobserwowane, dopiero wtedy może mieć obraz całości. Nie ma badania bez badacza. Nie ma popularyzowania nauki bez popularyzatora. Choćbyśmy czekali cale wieki badania nie poprowadzą się same, czasopisma naukowe same się nie napiszą.

Banalna, aczkolwiek niezbyt powszechnie uświadamiana odpowiedź na pytanie: Kto stworzył naukę? – brzmi: Naukowcy. Obraz świata, który naukowcy tworzą, stał się do tego stopnia częścią kultury masowej, że ludzie zachowują się dość powszechnie tak, jakby był on jedynym prawdziwym opisem. W efekcie, ludzie, z jednej strony  wierzą we wszechmoc nauki, ale z drugiej – obawiają się jej negatywnych skutków. Naukowcy postrzegani są jako ktoś obiektywnie spoglądający na rzeczywistość. Pomija się przy tym milczeniem fakt, że od wczesnego dzieciństwa większość ludzi jest szkolona, aby myśleć o świecie tak, jak naukowcy, a obawiać się myśleć inaczej. Nawet promowana wszędzie kreatywność czy wolność myślenia jest jednak akceptowana w pewnych, dość ściśle określonych przez obowiązujące paradygmaty ramach.

Przypuśćmy, że lekarz zdiagnozuje u chorego nieuleczalną chorobę, dajmy na to nowotwór złośliwy w zaawansowanym stadium. Człowiek ów nie zdecyduje się na leczenie i wyzdrowieje, mimo braku leczenia, co niezbyt często, ale się jednak zdarza. Co z reguły mówi lekarz? Pomyliłem się w diagnozie, czy – nauka myli się co do możliwości samodzielnego wyleczenia przez chorego nowotworu złośliwego w zaawansowanym stadium? Doświadczenie wykazuje, że znacznie łatwiej jest przyznać się do jednostkowej pomyłki niż zakwestionować cały system. Dlatego, mimo, iż zdarzają się spontaniczne remisje nowotworów złośliwych, nie pracują nad tym wszystkie instytuty naukowo-badawcze świata, starając się dociec jak tym ludziom się to udało się to zrobić. To się zdarzyło przypadkowo. Drobna rysa, wyjątek niewart uwagi… Według obecnego paradygmatu naukowego, samodzielne wyleczenie się przez chorego z zaawansowanego stadium raka nie jest normalne. Wymagałoby to bowiem zmiany całego naukowego światopoglądu. Rzadkie przypadki można pominąć milczeniem, jako statystycznie nieistotne. A ponieważ jest to oficjalnie uznawane za niemożliwe, większość chorych… nawet nie próbuje.

Naukowcy najpierw kreują swój naukowy obraz świata, a potem objaśniają świat według tegoż naukowego obrazu, odrzucając wszystko, co do niego nie pasuje. Dlatego według nauki normalne jest to, że czuję, kiedy w moim mózgu się coś wydziela, ale już nie to, że nie w moim mózgu wydziela się coś, kiedy czuję. W tym układzie to mózg ma mnie, a nie ja mózg. No bo, co to jest „ja”? Czy jakiś poważnie myślący naukowiec to „ja” zobaczył „szkiełkiem i okiem”? A co powie naukowiec, kiedy go zapytać: Kto jest tu naukowcem? Nauka nie uznaje granic – wszystko może być obiektem badań. To, co nie może być badane – nie istnieje.

Nauka traktuje umysł jak to coś, co można położyć w postaci mózgu na laboratoryjnym stole, a nie to, co czyni naukowca. Stąd możemy potem przeczytać takie perełki jak: „Myślenie jest procesem poznawczym, w którym mózg wykorzystuje informację ze zmysłów, emocji i pamięci do tworzenia reprezentacji umysłowych takich jak pojęcia, obrazy, schematy i skrypty, oraz do manipulowania nimi.” (1) Mózg wykorzystuje… i ani słowa o tym, że tego mózgu ktoś używa, ktoś obserwuje, ktoś tworzy teorię na temat tego, co robi mózg. „Ktosia” nie da się wypreparować i położyć na laboratoryjnym stole. „Ktoś” zawsze stoi obok stołu.

Kładąc ten mózg na stole badacz, pomija mało dla niego istotną sprawę, że to mózg z jego głowy percypuje mózg na stole, często taki, jaki został już przez swojego właściciela opuszczony. Po czym, mówi z naukową powagą: Ja w tym żadnego „ja”, które mógłbym wypreparować i położyć na szkiełku nie znajduję, czyli „ja” jest jednym z procesów realizowanych przez mózg. „’Ja’ jest jednym z procesów realizowanych przez mózgi; nie ma co do tego żadnych wątpliwości, wynika to zarówno z psychologii rozwojowej, badań nad mózgiem (zwłaszcza pojawianiem się intencji, woli), jak i modeli komputerowych, które pokazują jak mózgi w aktywny sposób podejmują decyzje. Upieranie się przy starożytnym poglądzie niematerialnej duszy pociągającej za sznurki i kontrolującej zachowanie podobne jest upieraniu się, że Ziemia jest płaska.”(1) – obwieszcza naukowiec światu, wyrzucając równocześnie do kosza wszystko, co do jego poglądu nie pasuje, jak np. wszystkie zjawiska umysłowe nie podlegające fizyce i chemii. Nie bierze się też pod uwagę, że skoro w mózgu „ja” nie ma, to może mózg nie miejscem, w jakim „ja” jest.

I kto mówi? Naukowy mózg, którego właściciel tak się skupił na tym, na co patrzy, że zapomniał o tym, kto patrzy. No bo, co z tego wynika? Że proces realizowany przez mózg patrzy na proces realizowany przez mózg? Po czym proces ten stwierdza, że żadnego „ja” nie widzi. No, to „ja” może iść do domu.

Przypomina to znany żart, w jakim świeżo upieczony mąż budząc się rano po nocy poślubnej widzi trzy pary nóg wystających spod kołdry. Liczy: Jedne nogi moje, jedne żony. A te trzecie, to czyje? Znów liczy: Jedne nogi moje, jedne żony. A te trzecie, to czyje? Aby ułatwić sobie liczenie, wychodzi spod kołdry, staje obok lóżka i liczy: Jedne nogi moje, jedne żony. Ach, wszystko w porządku!

Przypisy:
1. Zimbado, R.L. Johnson, V. McCann Psychologia, kluczowe koncepcje PWN Warszawa 2010 t.3

Krystyna Kozikowska-Koppel