Rozważania o transcendencji

Słowo „transcendencja” w filozofii oznacza istnienie na zewnątrz, poza (ponad) czymś, w szczególności: istnienie przedmiotu poznania poza umysłem poznającym bądź bytu absolutnego poza rzeczywistością. W takim rozumieniu „transcendentny” znaczy – wykraczający poza zasięg doświadczenia i poznania ludzkiego. I w tym momencie można by temat zakończyć, bo jak tu mówić o czymś, co wykracza poza zasięg zarówno doświadczenia jak i poznania.

Przyjrzyjmy się jednak bliżej samemu słowu „transcendencja”. Wywodzi się ono od łac. transcendens – stanowiącego participium praesentis – imiesłów współczesny czynny do transcendere – przekraczać, postępować, który brzmi „przekraczający”. Transcendere składa się z trans – za, poza, z tamtej strony oraz scendere od scandere – wdrapywać się, wstępować. W tym układzie można by zdefiniować transcendencję jako wdrapywanie się lub wstępowanie, co sugerowałoby pewien wysiłek i działanie, poza, na drugą stronę. W tym układzie można by mówić o transcendencji jako docieraniu do tego „co poza”, do drugiej strony, co bywa dla naszego umysłu rzeczą niezwykle trudną, ale nie niemożliwą. Z reguły przyjąwszy jakąś opcję, nasz umysł jest skłonny unikać konfrontacji z drugą stroną medalu. To, że dwie zupełnie nieraz – już na pierwszy rzut oka! – sprzeczne opcje, mogłyby być jednakowo traktowane, ciężko mieści nam się w głowach. No bo, albo coś jest, albo czegoś nie ma, a jak nie ma nie ma się czym zajmować. Myśl, że coś może być i nie być jednocześnie dla wielu jest nie do pomyślenia, lub wydaje się co najmniej dziwne. Nie było go i był. – odbieramy jako sprzeczne samo w sobie. Popatrzmy jednak na takie proste zdanie: Nie było go w ogrodzie, był w parku. To zdanie nie budzi już niczyjego dziwienia. Okazuje się, że w odpowiednim kontekście, nie jest to dla naszego umysłu nie do pojęcia.

Nasz umysł jest tak ukształtowany, że dany obiekt musi przyjmować jeden z dwóch przeciwstawnych stanów abyśmy mogli go rozpoznać, np. być albo nie być, być zimne albo gorące, małe albo duże. Rozpoznajemy jeden stan w opozycji do drugiego. W poprzednim zdaniu, poradziliśmy sobie ze sprzecznością umieszczając ją w kontekście dwóch innych opozycji. Uf! Chłodzi jednak o dwie różne sprawy – uznał nasz umysł.

Nie umiemy rozpoznać tego, co nie jest w opozycji do czegoś, nie umiemy rozpoznać figury, która nie ma tła – białe koło na białym tle dla nas nie istnieje, mimo, że możemy je narysować i zmiana tła na czarne ujawni jego istnienie. Figury bez tła nie umiemy sobie nawet wyobrazić, podobnie jak samego tła (biała kartka panieru nie jest tłem – jest figurą na innym tle). Nasz umysł poznaje świat rozpoznając opozycje. Przy czym z reguły jedną z nich wybiera i uznaje za dobrą, a drugą odrzuca i uznaje za złą, jedną stawia w świetle, drugą w cieniu, za jedną się opowiada, drugiej usiłuje się pozbyć, tworząc w ten sposób granice miedzy nimi i uznając je często za walczące przeciwieństwa. Czasami na granicach budujemy mury, tak wysokie, ze drugiej strony nie tylko nie widząc, ale nawet domyśleć się nie możemy. Uznajemy obszar za murem za nie nasz i dziwimy się potem, skąd to się w ogóle w świecie bierze. No, bo nie z nas.

Zachowujemy się tak, jakby przeciwieństwa były niezależnymi, odrębnymi bytami i jedno mogło pozbyć się drugiego. Klasyczna dychotomią jest światło i ciemność. Wrogie siły ciemności gromadziły się, aby zagrozić panowaniu światłości… Czyż nie tak zaczyna się niejedna opowieść, jakich słuchamy od dzieciństwa? Niejeden z nas marzy o czasach, w których siły ciemności zostaną pokonane, odrzucone i będziemy żyć w wiekuistej jasności. Jednak jasność nie istnieje bez ciemności. Nie umielibyśmy rozpoznać światła, gdybyśmy nie poznali równocześnie mroku. Nie znalibyśmy dobra, gdybyśmy nie znali zła. „Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz.” – pamiętamy ze szkoły.

Skupiając się na rozpoznaniu opozycji i własnych preferencjach, zatracamy często świadomość, że opozycje są jedynie stanami obiektu, które rozwijają się w pewne continuum. O ile stosunkowo łatwo jest to uzmysłowić sobie np. w odniesieniu do temperatury – coś może być gorące i stygnąc staje się coraz mniej cieple aż w końcu staje się coraz bardziej chłodne, a potem zimne. Tu nasz umysł potrafi bardzo łatwo przejść do tego, co z drugiej strony. Potrafimy wznieść się nad całe kontinuum i zobaczyć całą jego rozpiętość. Mamy to zobrazowane na każdym termometrze. Co więcej, to czy coś jest ciepłe czy zimne zależy od kontekstu. Wkładając rękę do wody o tej samej temperaturze możemy ją odczuć jako zimną lub ciepłą, w zależności od tego, w jakiej temperaturze trzymaliśmy ją wcześniej. Czy to znaczy, że woda jest równocześnie i ciepła i zimna – na to wychodzi. Ciepła w odniesieniu do czegoś zimniejszego, zimna w odniesieniu do czegoś cieplejszego. Nasze poznanie temperatury jest względne, zależy od tego, co po drugiej stronie.

Jednak w odniesieniu do wielu opozycji nasz umysł jest przez naszą kulturę wychowany do spostrzegania tylko jednej strony rzeczy i uznawania jej za całość, np. coś jest dla nas prawdą, albo nią nie jest. Niewielu ludzi potrafi przyjąć i wyobrazić sobie, że coś jest prawdziwe, potem coraz mniej prawdziwe, aż staje się fałszywe. Znaczna część ludzi zgodzi się jednak z poglądem, że niektóre prawdy zależą do kontekstu i to, co w jednym kontekście jest prawdziwe, w innym – może być fałszywe. Wynika z tego, że te same rzeczy różnym ludziom, wydają się różne, jeśli postrzegają je w różnym kontekście. W zależności od tego, co wiemy, co jesteśmy w stanie poznać i rozumieć, możemy różnie pojmować prawdę. Co więcej, to, co było prawdą dla nas wczoraj, niekoniecznie będzie nią jutro. Jednak większość ludzi jest przekonanych, że przynajmniej niektóre prawdy nie są zależne od kontekstu, co znaczy, że są prawdziwe w różnych kontekstach. Nauka wymyśliła szereg procedur badawczych, których zadaniem jest jak najbardziej ograniczyć rolę kontekstu w określaniu czy coś jest prawdziwe, czy nie. Doświadczenie uczy jednak, że gdy znajdujemy dowody na to, że jakieś twierdzenię jest prawdziwe, bardzo szybko znajdują się dowody na to, że równie prawdziwe jest twierdzenie przeciwstawne. A po jakimś czasie bywa, że okazuje się, że ktoś udowadnia, iż…. oba są równie nieprawdziwe w pewnym kontekście. Pomyślmy o tym, jak bardzo zmieniłby się ten kontekst, gdybyśmy mieli np. inne narządy zmysłów. Mogłoby się wtedy nawet okazać, że tam gdzie nie ma dla nas nic – jest coś. A więc coś jest lub nie jest, w zależności od tego czy potrafimy to spostrzec lub udało nam się zbudować wspomagające nasze spostrzeganie narzędzia czy nie.

Nasze poznanie jest względne. Wychodząc od przekonania o własnej wiedzy stopniowo rozpoznajemy niewiedzę. Wiemy i nie wiemy równocześnie. Osoby usiłujące poszerzyć własną wiedzę, są konfrontowane z frustrującym doświadczeniem poszerzania się równoczesnego niewiedzy. Nie ma wiedzy bez niewiedzy, choć wielu ma nadzieję, że przyjdzie dzień, a jakim ostatecznie pozbędą się niewiedzy. Jednak bez niewiedzy nie ma wiedzy.

Opozycje, jakie tworzy nasz umysł, rozbijają pierwotną jedność, która ujawnia się, kiedy wykraczamy poza zasięg własnego poznania i doświadczenia, rozpoznajemy naturę obu opozycji, bez wartościowania „dobra” i „zła”, próby dokonania wyboru, rozpoznajemy je jako dwa stany jedności. Okazuje się wtedy, że sprzeczność istnieje tylko w poznającym umyśle, podobnie jak granica dzieląca opozycje. Za postrzeganą przez nas umysł różnorodnością kryje się pierwotna jedność, jedno bez drugiego. Ale umysł nie umie poznać tego, co nie ma opozycji, przekraczając granicę wiedzy znajdujemy niewiedzę. Przekraczając opozycję, tracimy punkty orientacyjne. Więc jak to właściwe jest? A jak chcesz, aby było? Wszystko zależy od wyboru, przyjętej perspektywy, kontekstu, który teraz możemy sobie świadomie wybrać. Poczucie wolności jest oszałamiające, nie ma granic. Umysł nie radzi sobie z brakiem granic, z absolutną wolnością. Jest w nas jednak coś, co w świecie bez granic czuje się jak ryba w wodzie.

Jeśli nie odrzucamy już niewiedzy jako czegoś złego i niechcianego, nie usiłujemy na siłę wszystkiego uczynić znanym i poznanym, obejmujemy jedną świadomością zarówno znane i zrozumiale jak niepoznanie i niezrozumiale, powracamy do pełni-pustki pierwotnej jedności, która jest kresem transcendencji, bo nie ma już drugiej strony, na którą moglibyśmy wstąpić, nie ma też pierwszej strony, bo nie ma opozycji. Wszystko jest jednym, ale też nie ma jednego, bo nie ma jednego bez drugiego. Umysł wchodzi w sferę, o jakiej można mówić jedynie językiem paradoksów.. „Wiedzieć, że nic się nie wie to jest szczyt wiedzy.” – mówi Lao Tsy.

K. Kozikowska-Koppel