Psychiczne wymiary starości

Z rozmowy z Radkiem lat 11, uczniem kl. IV SP:
— Czy chciałbyś żyć wiecznie, pod warunkiem, że byłbyś zawsze młody?
— Coś ty! A ty chciałbyś chodzić wiecznie do tej samej klasy?”

Obserwując ludzi możemy zauważyć, że starzeją się tak jak żyją — jedni cicho i niezauważalnie, inni gniewnie i buntowniczo, jeszcze inni uważnie i refleksyjnie. Są też tacy, którzy nigdy nie godzą się ze starością i walczą z nią za pomocą nowoczesnej medycyny i kosmetyki. Są i tacy, którym przynosi odkrycie nowych wymiarów siebie.

Jako psychologa interesuje mnie wewnętrzna strona procesu, psychiczny wymiar starości. Z zewnętrznego punktu widzenia, życie dojrzewa, starzeje się i zamiera. Jest to prawo cyklu wszechobecne w całym kosmosie i jak dotąd nikt nie zdołał odwrócić jego biegu. Z tym, że wydaje się, iż jedynie człowiek jest w tym procesie samoświadomy i przeżywa związany z tym ból przemijania i żałobę po tym, co przeminęło. W wewnętrznym ludzkim doznaniu wszystkie te przeżycia dotyczą kogoś, pewnego „ja”, które działa, czuje i myśli.

Stany, jakich doświadczają osoby starzejące się, możemy rozłożyć na pewnym continuum: na jednym krańcu istnieje starość zapatrzona w przeszłość, pogrążona w nieustającej żałobie za młodością, która przeminęła, starość pokurczona, bolesna, pełna chorób i leku przed nieuchronną śmiercią. Często dotyka ona tych osób, które koncentrowały swoją świadomość na formalnej stronie życia, a teraz odkrywają, że forma przemija w nieuchronny sposób. Już nie ten wzrok, nie ten żołądek, nie te możliwości czerpania z życia „pełnymi garściami”, jakie miało się kiedyś. Na drugim krańcu istnieje starość zwycięska, dojrzała jak jesienne owocujące drzewo, świadoma zebranych w życiu plonów, wznosząca się ponad przemijanie ciała, mężnie patrząca w oczy śmierci, paradoksalnie gotowa przeżyć śmierć równie intensywnie jak przeżywane było poprzednio życie. Jest to starość pojmowana jako jeszcze jedno doświadczenie pośród innych doświadczeń. Taki stosunek charakterystyczny jest dla tych, którzy nastawieni są na docieranie do treści swoich przeżyć. Są też tacy, którzy starzeją się nieświadomie, zajęci zupełnie innymi sprawami.

Starość pokazuje nieuchronnie, że nie da się zatrzymać materialnej formy, że każda forma przemija, osiągając pewien punkt rozwoju. Wieczny jest jedynie proces nieustannej kreacji form. Ludzie przywiązani do formy pytają: Co teraz? Co ze mną będzie? Często kurczowo czepiają się tego, co uznali za trwałą podstawę. Ludzie głęboko odczuwający wewnętrzny nurt życia witają często starość z radością, dostrzegając w niej nowe, nieznane możliwości. Jak powiedziała mi pewna starsza pani: „Starość to cudowny okres. Wiele jeszcze mogę, a już nic nie muszę. Kiedyś przywiązywałam wagę do swojego wyglądu, tego, co myślą o mnie inni. Dziś patrzę jak liście poruszają się na wietrze i doświadczam radości patrzenia.”

We współczesnej cywilizacji Zachodu gloryfikuje się młodość. Starość i śmierć usuwa się z pola widzenia. Ludzi starych oddaje się do domów starców jak do przechowalni. Młodość potrzebuje miejsca do ekspansji. Czasami starzy przydają się do pomocy. W niektórych domach starą matkę akceptuje się jako pomoc domową, ale nikt nie ma ochoty słuchać tego, co ma do powiedzenia.

Młodzi, zachwyceni własnym procesem rozwoju, nie chcą słuchać trudnej lekcji starości, która mówi: „Czym ty jesteś — ja byłam. Czym ja jestem — ty będziesz”. Z punktu widzenia młodości starość jest głupotą, taka brzydka i niezręczna. Starość dostrzega niedojrzałość młodości i zarazem żal jej własnego doświadczenia, którego nie ma komu przekazać. Choćby przestrogi, że siły bezmyślnie trwonione, kiedyś się wyczerpią. Istnieje starość-groźba, starość-przestroga — starość zbyt wcześnie zniszczonego alkoholika. Istnieje też starość głosząca mądrość — starość mistrzów Zeń, jogi czy Tai-Chi, która pokazuje, że trud włożony w dbanie o rozwój ciała i psychiki owocuje wolnością od bólu i cierpienia.

Ale młodość jest często głucha i ślepa, nie chce nikogo słuchać i pędzi… prosto w objęcia starości. Pewnego dnia spojrzenie w lustro odkrywa pierwszy siwy włos, pierwszą zmarszczkę.

Doświadczanie starości jest tym trudniejsze dla współczesnego człowieka, że nie smakuje on życia. Cierpiąc na ciągły brak czasu, pożera je dużymi kawałami i czuje się rozczarowany, gdy czas uczty mija. Jeszcze nie nasycił się młodością, a już podają nowe danie. Stąd ma nikłe szansę na osiągnięcie stanu dawnych patriarchów, którzy umierali „syci życia”.

Niechęć wobec starości przejawia się w tym, że niewiele się o niej mówi i pisze. Te odrzucające, a często wręcz wrogie, postawy wobec starości i śmierci wynikają stąd, że wszelki kontakt z tą problematyką aktywizuje lęk. Epikur nie miał chyba racji — w sensie psychicznym śmierć jest tylko wtedy, gdy ja jestem.

Tymczasem psychiczna eksploracja śmierci i starości odsłania zupełnie niespodziewane wymiary. Wszystkie religie w takiej czy innej formie głosiły, że trzeba umrzeć, aby się odrodzić i żyć. Śmierć stanowiła dla nich synonim dogłębnej wewnątrzpsychicznej przemiany, tak istotnej, że mogła znaleźć swój wyraz w ciele. „Panta rei” — powiedział Heraklit. Już starożytni odkryli, że na tym świecie nie ma nic trwałego. Nawet piramidy w Gizach kiedyś się rozpadną. Wieczny jest tylko proces, który kryje się za sceną zmieniających się form. Proces ten umożliwia nieustanne dojrzewanie świadomości. Sama świadomość ze swojej natury podobna jest do światła z racji funkcji psychicznego oświetlania. Nie może być rozpatrywana w kategoriach starości lub młodości. Możemy o niej myśleć w kategoriach dojrzewania, które jest tożsame z bardziej dojrzałym funkcjonowaniem. Dojrzewa ona w wyniku wielu doświadczeń, które stały się jej udziałem. Doświadczenia te, choć ją wzbogacają, równocześnie ją ograniczają, ponieważ świadomość utożsamia się z nimi. Znaczy to, że utożsamiam się z tym oto tu ciałem i pewnego dnia mogę nie móc wyobrazić sobie, że mógłbym być innym ciałem, ciałem trawy, kamienia, zwierzęcia czy anioła. Suficki poeta Rumi powiedział:

I wciąż wzrastam, raz za razem wzrastam jak trawa.
I kształtów doświadczyłem siedmiuset i siedemdziesięciu.
Zmarłem dla minerału, stałem się rośliną.
Zmarłem ze świata roślin, stałem się zwierzęciem.
Zmarłem ze zwierzęcości, człowiekiem się stałem.
Czemuż więc zaniknięcia w śmierci miałbym się obawiać?
Następnym razem umrę
Wydając na świat skrzydła i pióra anielskie;
A uniósłszy się lotem wyżej niż anieli
Tym, czego wyobraźnią sięgnąć nie potrafisz, Tym będę.

Kiedy człowiek utożsamia się ze swoją formą, wtedy proces starzenia się i rozpadu staje się dramatem. Z przeżytych doświadczeń psychika konstruuje struktury, które stają się coraz bardziej ciasne, aż pewnego dnia upodabniają się do więzienia. Bywają tak sztywne, że nie ma możliwości zmiany; wtedy jedynym wyjściem jest ich porzucenie. Starzy ludzie znani są zarówno ze sztywności ciał, jak i poglądów. Ich wiedza, choć często wielka i cenna, z narastającym trudem asymiluje to, co nowe. Niekiedy tacy ludzie mówią wprost: „Jestem za stary, aby się zmieniać”. Tendencja ta przejawia się na najgłębszym komórkowym poziomie — komórki nie chcą się zmieniać. U młodego człowieka zmieniają się nieustannie. Dziś już biologicznie jest się kimś innym niż było się parę lat temu. Aż przychodzi dzień, kiedy śmierć wyzwala ze starości.

Dawne religie znały ten paradoks, szczególnie te, które czciły Boginię. Dla swych czcicieli Bogini manifestowała się na trzech poziomach: jako Stwórczym, Opiekunka i Niszczycielka. Właśnie Niszczycielki (Staruchy, Starej Mądrej Kobiety) bano się najbardziej, w efekcie nie rozumiano jej i odrzucano. Symbolizowana przez mroczną fazę księżyca była dawczynią śmierci eliminującą wszystko co stare, skostniałe i zużyte. Czczono ją w Indiach jako Kali, w Grecji jako Hekate, w Brytanii jako Morganę, na Bliskim Wschodzie jako Lilith. Zabijała przestarzałą formę, przeprowadzała dusze przez mroczne przestrzenie pozbawione formy, użyczając im tajemnych mocy regeneracji pozwalała odrodzić się w nowej formie, umożliwiającej zdobywanie nowych doświadczeń.

W kosmogoniach, które mają charakter linearny i ostateczny, doświadczenie starości i śmierci jest jednorazowe, zbliża człowieka do ostatecznego końca. Nie ma odroczenia, możliwości poprawy, wyjaśnień, a w końcu czasu, by zrozumieć swoje błędy. W kosmogoniach opartych na zasadzie cyklu śmierć nie jest ostateczna — jest chwilowym uwolnieniem od rygorów życia, oczyszczeniem i odnową. Odsuwamy się od życia, aby przetrawić doświadczenia. To nic, jeśli tym razem coś się nie udało, zawsze jest jeszcze jedna szansa. Z drugiej strony, to czego nie nauczyłeś się, nie będzie ci darowane, otrzymasz kolejną lekcję i następną, tyle ile będzie trzeba. Wieczność jest cierpliwa.

Niesłychanie ciekawy aspekt starości pokazują badania psychologiczne nad tzw. doświadczeniami szczytowymi. Znają je ludzie na całym świecie pod różnymi nazwami: nirwana, satori, samandhi, kairos, unia mistyczna. Zdarzają się tak rzadko, że bardziej wydają się należeć do dziedziny science fiction niż badań naukowych. Jednakże są zbyt częste i znaczące, aby można je było między bajki włożyć. Zajęły się ostatnio nimi poważne autorytety naukowe m.in. prof. Stanley R. Dean z Uniwersytetu na Florydzie. Wskazują one na możliwości tkwiące w ludzkiej psychice. Powodują tak wielką przemianę człowieka, że nazwano ją nadludzką — jego funkcje psychofizycznie wkraczają na nowy, ponadzmysłowy poziom. Pojawia się poczucie jedności ze światem (stąd jedna z nazw: „świadomość kosmiczna”), połączenia z nieskończonością, nieśmiertelnością, wszechpotężną Nad-Jaźnią. Nie ma tu miejsca na wymienianie wszystkich cech tego doświadczenia, dość wspomnieć, że ludzi, którzy go doznawali uznawano często za posłańców Bogów, demonów czy innych istot nieziemskich lub po prostu za szaleńców. Z punktu widzenia naszych rozważań wydaje się istotne, że powodują one zaniknięcie lęku przed śmiercią, fizycznymi i psychicznymi cierpieniami, spotęgowanie żywotności i wigoru oraz przedłużenie życia.

Doświadczenia te, nieprawdopodobne, niesłychanie rzadkie, a jednak pozostawiające bardzo wyraźne echa w historii ludzkości, pozwalają spojrzeć na starość trochę inaczej. Problemem jest nie tyle opozycja młodość — starość, ile to, co stanowi jej wypadkową — dojrzałość. Gdybyśmy przyjęli, że dojrzałość to umiejętność adekwatnego reagowania na stale zmieniające się warunki, czyli ciągłego zmieniania samego siebie, proces starzenia się można by rozpatrywać jako nieudaną próbę dojrzewania. Jest to swoisty błąd. Zresztą, wystarczy zwykła obserwacja, aby przekonać się, jak niewielu ludzi wykazuje dbałość o swoje ciało i psychikę w zupełnie podstawowym zakresie, nie mówiąc już o bardziej wysublimowanych metodach wymagających wiedzy, czasu i cierpliwości.

Istnieje taki, mniej bądź bardziej uchwytny moment w życiu człowieka, kiedy podejmuje on decyzję, czy się zestarzeć czy nie. Na zewnątrz objawia się to stwierdzeniami typu: „Ja już się nie zmienię”. Bywa, że umierający człowiek mówi wprost, jak pewien osiemdziesięciosześciolatek: „Zmęczyłem się. Przepraszam… jestem taki zmęczony… muszę odpocząć…” (Po tych słowach zasnął i więcej się nie obudził).

Po prostu, w pewnym momencie człowiek zaczyna odczuwać „ciężar życia”, doświadcza, że nie jest w stanie się przystosować, może nawet odkryć, że już nie chce podejmować próby przystosowania się lub walki. Im bardziej jest przywiązany do swojego codziennego „ja”, całego codziennego rytuału, który sobie wytworzył, tym bardziej zmiana oznacza dla niego kres istnienia w postaci dobrze znanego „ja”, czyli umrzeć dla siebie, wpuścić do swojego życia nieznane, a więc niepokojące. Dla ukrytego pod codziennością głębokiego wewnątrzpsychicznego nurtu — zmienić się to wyzwolić nowe możliwości. W naszej cywilizacji bardzo szybko jednak traci się z nim kontakt. Stąd ludzie często nie wiedzą, że mają jakikolwiek wybór. Uznają za oczywiste, że muszą niedołężnieć, posuwając się w latach. Anegdotycznym stało się już stwierdzenie, że jeśli człowiek zaawansowany wiekiem budzi się rano i nic go nie boli, oznacza to, że nie żyje.

Doświadczenia części ludzi wykazują jednak, że dbałość o rozwój własnej psychiki może spowodować, że mimo starzenia się ciała umysł rozwija się dalej. Wbrew powszechnym opiniom, że najchłonniejsze umysły mamy miedzy osiemnastym a dwudziestym czwartym rokiem życia, a potem już „z górki”, naukowcy wykazali, że stymulowany i używany na co dzień umysł, bez względu na wiek, fizycznie tworzy nowe połączenia, które zwiększają ogólną liczbę połączeń w sieci neuronowej. Dowodzą tego również życiorysy wybitnych ludzi — często największe dzieła powstają w późnym wieku (np. w wypadku Michała Anioła około osiemdziesiątki).

Doświadczenia nielicznych pokazują, że rozwój świadomości jest w stanie pociągnąć za sobą ciało. Informacje, które istnieją na ten temat we wszystkich kulturach, sugerują, że doznanie nadświadomości zdarzało się ludziom na bardzo wysokim poziomie dojrzałości, znacznie przekraczającym powszechne rozumienie słowa „dojrzałość”. Przekazy mistrzów jogi czy Zeń głoszą, że potęga umysłu może podnieść ciało z martwych, nadać mu właściwości ponadludzkie. W Indiach uważa się, że wysoko zaawansowany jogin może przetransformować swoje ciało w światło, a potem zmaterializować je w dowolnej postaci. Opis takiego doświadczenia możemy znaleźć np. w napisanej przez Paramhansę Yoganandę „Autobiografii Jogina”. W sferze psychicznej łączy się to z umiejętnością przekształcenia na korzystne dla siebie nawet takich sytuacji, które innym przynoszą ból i cierpienie. Trochę tej wiedzy zna już dzisiejsza psychoterapia.

W opowieściach Zeń istnieje anegdota mówiąca o pewnym uczniu, który umarł. Jego mistrz stanął obok martwego ciała i powiedział: „Teraz już wiesz, jak się odchodzi, ale nie wiesz, jak się wraca”. Na to uczeń otwiera oczy i mówi: „Martw się o siebie”.

Rzeczą ciekawą jest, że najwięksi nawet mistrzowie w pewnym momencie wybierali pozostawienie swojego ciała uznając, iż doświadczenia, które mogą zbierać za jego pośrednictwem przestały być interesujące. Udawali się na poszukiwanie nowych wymiarów siebie. W literaturze używa się często w odniesieniu do nich określenia „opuścił swoje ciało” w miejsce słowa „umarł”.

Co więcej, fizyka współczesna skłania się obecnie ku poglądowi, że rytm powstawania form, ich rozwoju i destrukcji przejawia się nie tylko w zjawiskach przyrody (np. pory roku), narodzinach, dojrzewaniu, starzeniu się i zamieraniu żywych istot, ale stanowi istotę materii. Według kwantowej teorii pola, wszelkie interakcje między składnikami materii odbywają się za pośrednictwem emisji i absorpcji cząstek elementarnych. Sięgając głębiej, każda cząstka subatomowa jest swoistym tańcem energii, pulsującym procesem kreacji i destrukcji. Tym sposobem fizyka zwraca się do starożytnych poglądów np. indyjskich, w których kosmiczne cykle kreacji i destrukcji, powszechny rytm narodzin i śmierci symbolizowany był w tańcu Sziwy. Sziwa tworząc i roztapiając formy przypomina, że wszelka forma w świecie jest ułudą (Maja), iluzją i czymś ciągle zmiennym w nieustannym strumieniu tańca. Nic trwałego, nic ostatecznego, wszystko, co powstało, czeka upadek, bo jest tylko elementem procesu. Walcząc z procesem walczymy z samym życiem. Głęboko doświadczając procesu po prostu płyniemy na fali.

Psycholodzy zajmujący się sferą transpersonalną ukazują związek śmierci i przemiany — w każdym zjawisku psychologicznej przemiany obecny jest proces umierania. Umiera coś starego, aby mogło się narodzić coś nowego. Człowiek umiera np. jako płód (co za przemiana! — z drobnej wodnej istotki zmienia się w oddychającego powietrzem ssaka), aby stać się dzieckiem, jako dziecko umiera, aby stać się dorosłym. W trakcie pierwotnych rytuałów inicjacyjnych ciało człowieka znaczono bliznami, tatuażami, poddawano obrzezaniu czy nacięciom. Nie było powrotu. Po takich doświadczeniach nie dało się z powrotem wskoczyć w skórę dziecka. To już nie była ta skóra.

Z licznych doświadczeń terapeutycznych wynika, że ludzie często boją się bardziej przemiany niż śmierci, bo przemiana to śmierć przeżyta w pełni świadomie, w całym świetle. To nie tylko lęk przed nieistnieniem. Gdy człowiek zaczyna się zmieniać odkrywa, że jest „kimś więcej” niż myślał dotąd. Otwierają się przed nim takie przestrzenie wewnątrzpsychicznego bytu, od których można dostać zawrotu głowy. Są tam niebezpieczne otchłanie, a także zakopane skarby, przerażające bestie i oszałamiające piękno… W tym trzeba się umieć poruszać albo mieć przewodnika. Jeszcze jedną cechą tych doświadczeń jest absolutna niemożność wyrażenia ich słowami. Pozostaje sztuka i literatura, „czucie i wiara”. Możemy czytać opisy tych doznań jak bajki, ewentualnie zatrzymać się na intelektualnej analizie. Zawsze jednak wybrać można najbardziej niepokojącą drogę — ryzyko własnego doświadczenia…

Krystyna Kozikowska-Koppel

Tekst był wygłoszony na VII Konferencji Pracowników Naukowych i Studentów Instytutu Nauk o Literaturze Polskiej UŚ „Starość” i ukazał się w wyborze materiałów z tejże Konferencji, Górnośląska Macierz Kultury, 1995