Niezgodne z naturą, niezdrowe i okrutne metody wytwarzania żywności.

„Istnieje tylko jedna ucieczka przed niewygodą prawdy – jest nią ignorancja.”
R. Morgen

Większość ludzi, którzy kupują codziennie najprostsze produkty w przydomowym sklepie lub hipermarkecie, często w biegu, zmęczeni po całym dniu pracy, nie czuje się gotowych do pilnego studiowania etykietek na produktach i stawiania pytań. Nie zdają sobie sprawy, że ich podejmowane w pośpiechu i bezrefleksyjne decyzje mogą wspomagać nieodpowiedzialne firmy, które nie troszczą się o społeczne i środowiskowe konsekwencje swojej działalności, produkują żywność w niezgodny z naturą, niezdrowy, często zaprawiony okrucieństwem sposób. Liczą na to, że przecież ktoś o to dba, ktoś te produkty dopuścił do obrotu, że ich jednostkowy zakup tak niewiele znaczy. Bywają też zbyt zmęczeni, aby w ogóle się nad tym zastanawiać. Przyjmują podświadomie bez dowodu, że jedzenie jakie kupili zostało wyprodukowane w humanitarny sposób (mamy przecież XXI wiek!) i będzie służyło zdrowiu ich i ich bliskich. Bywa też, że wręcz nie chcą tego wiedzieć. Poznanie prawdy mogłoby oznaczać konieczność zmiany nawyków, a to wymaga czasu i wysiłku, których większość ludzi stara się unikać. Składają w ten sposób życie i zdrowie, zarówno swoje jak i swoich bliskich, w ręce producentów żywności.

Tymczasem myślenie większości producentów skupia się nie naszym zdrowiu, wpływie produkcji na środowisko naturalne czy humanitarnym traktowaniu istot żywych, ale na uzyskaniu jak najszybciej jak największego dochodu. Takiemu podejściu sprzyja to, że większość klientów chce jedzenia taniego, bardziej zależy im na pieniądzach niż na zdrowiu. Klient chce kupić jak najtaniej, a producent jak najtaniej wyprodukować. Reszta jest drugoplanowa. Tymczasem, aby tanio i szybko, np. w sześć tygodni otrzymać gotowego do trafienia na talerz kurczaka, w trzy doby wyhodować czterdziestocentymetrowego ogórka albo wyprodukować jajko kosztujące 45 groszy – oszukujemy naturę. Natura jednak tylko pozornie daje się oszukać – za taniość płacimy jakością, a gorsza jakość żywności odbija się na naszym zdrowiu i samopoczuciu oraz na stanie środowiska w jakim żyjemy, a przez to znów na naszym zdrowiu i samopoczuciu. Nie zdając sobie z tego sprawy, kupujemy „rentowność”, a płacimy procentami „zdrowia”, nie tylko naszego, ale rodzonych przez nas dzieci, a nawet wnuków. Ponieważ jednak zapłata jest odroczona w czasie i rozłożona na raty – często nie widzimy związku.

Najczęściej nie widzimy też bezpośrednio jak żywność jest produkowana, gdyż w świecie, w jakim żyjemy coraz bardziej zanikają więzi między miastem a wsią. Nie przyglądamy się temu, co dzieje się w kurnikach, chlewach czy na polach, co znaczy, że wytwórca nie czuje się kontrolowany. Dostarcza towar anonimowemu, obcemu sobie konsumentowi i może mu sprzedać spokojnie to, czego sąsiadowi by nie sprzedał czy rodzinie na talerz nie położył.

Producenci, szukający jak największych dochodów jak najniższym kosztem, w przeciwieństwie do natury, nie mogą sobie pozwolić na długie czekanie aż coś urośnie i dojrzeje czy straty wywołane przez choroby i szkodniki. Dążenie do przyspieszenia wzrostu i wielkości, stosowane środki ochrony, sprawiają, że produkty spożywcze zawierają nadmierne ilości toksyn i związków chemicznych, w organizmie często przerabianych na substancje trujące i rakotwórcze. Ale przecież, tego nie podaje się na etykietach.

Aby uniknąć strat wywołanych przez szkodniki, rośliny traktowane są ogromną ilością środków bakterio- i grzybobójczych (pestycydów), które przy okazji zatruwają grunt, wodę i powietrze, niszczą organizmy glebowe, szkodzą owadom i ptakom, a także oczywiście też ludziom. Zgromadzone w organizmie wywierają wpływ na procesy rakotwórcze (mogą je zapoczątkowywać lub nasilać), są neurotoksyczne, zaburzają regulacje hormonalną i enzymatyczną, a szkodniki… i tak po pewnym czasie się na nie uodparniają. Aby więc sobie z nimi poradzić, trzeba dawki pestycydów corocznie zwiększać, tym bardziej, że warzywa na wielkich farmach ogrodniczych są najczęściej uprawiane przez kilka lat w tym samym miejscu.

Specyficznym rodzajem pestycydów są herbicydy służące do selektywnego niszczenia chwastów w uprawach. Ich działanie dodatkowo wspierane jest przez tworzenie roślin genetycznie zmodyfikowanych o zwiększonej odporności na herbicydy. Najnowsze badania wykazały, że najlepiej sprzedający się na świecie, powszechnie używany w ogrodach, na polach uprawnych i miejskich parkach, herbicyd Roundup zawiera składniki zabójcze dla komórek ludzkich (w warunkach laboratoryjnych powoduje ich “duszenie się”). Szczególnie narażone na jego działanie są dzieci w okresie płodowym, a także komórki łożyska i pępowiny. Naukowcy podejrzewają, że Roundup może powodować problemy z donoszeniem ciąży przez zaburzanie wytwarzania hormonów, co może skutkować deformacją płodu, niską wagą noworodków i prowadzić do poronień. Badania te wykazały, że herbicyd ten jest bardziej toksyczny dla człowieka (zwłaszcza embrionu ludzkiego) niż dla roślin, które miał zwalczać (prof. Seralini, ze szweckiego zespołu badawczego). Substancje o nieujawnionym składzie chemicznym, stosowne w nim jako dodatki do podstawowego składnika glikofosfatu, mogą powodować uszkodzenie komórek człowieka, a nawet śmierć przy typowym spryskiwaniu Roundupem upraw soi, kukurydzy, trawników i ogrodów. Ziemniaki oporne na herbicyd gromadzą w swoich bulwach jeden z jego składników, który podczas obróbki w wysokich temperaturach przekształca się w rakotwórczy i neurotoksyczny płyn. Roundup okazał się też trujący dla płazów i ryb, szkodzi ćmom i chrząszczom, działa toksycznie na mikroorganizmy glebowe i na żyzność gleby.

W styczniu 2007 r. francuski sąd skazał firmę Monsanto, produkującą ten sprzedawany w rekordowych ilościach herbicyd, na karę 19 tys. euro za wprowadzenie w błąd nabywców poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwej informacji na temat jego nieszkodliwości dla środowiska. Były prezes Mosanto we Francji został skazany za jego fałszywe reklamowanie jako środka „biodegradującego się”, nie pozostawiającego toksycznych pozostałości w glebie i wodzie. Organizacje konsumenckie wytoczyły proces Monsanto w roku 2001 na podstawie decyzji Unii Europejskiej klasyfikującej podstawowy składnik Roundupu – glifosat, jako „niebezpieczny dla środowiska” i „toksyczny dla organizmów wodnych”. Francuski dystrybutor Roundupu – Scotts France został ukarany grzywną 15 tys. euro. Obaj skazani dodatkowo muszą zapłacić odszkodowanie Stowarzyszeniu Czystości Wód Bretanii w wysokości 5 tys. euro. Te wysokie odszkodowania nie cofną już jednak szkód, które zostały już wyrządzone.

Rolnictwo przemysłowe nie tylko zanieczyszcza naszą żywność, ale też wyjaławia gleby i zubaża pulę nasion. Ponad 40% światowych gleb jest obecnie tak wyjałowionych na skutek wyniszczającej działalności rolnej, że w zasadzie nie są w stanie dawać plonów bez ogromnej ilości chemii. Produkowane na skalą przemysłową rośliny są mniej zróżnicowane, uboższe w składniki odżywcze i mniej smaczne. Ok. 80% naszej roślinnej diety pochodzi obecnie z mniej niż pół tuzina gatunków roślin, z których większość jest własnością kilku międzynarodowych korporacji. Jeśli nie zrobimy z tym czegoś bioróżnorodność ulegnie zanikowi, a efektem tego będzie nasza degradacja.

Totalnym zaprzeczeniem naturalności i świadectwem okrucieństwa obecnego w ludzkiej naturze jest hodowla przemysłowa zwierząt. Zwierzęta nie wiedzą, czy to dzień czy noc, wiosna czy lato. Ich „naturalne” środowiska życia wyglądają często jak duże fabryki, w których żywe i wrażliwe istoty są tylko trybikami bezdusznej maszynerii. Można ten typ hodowli zobaczyć w Internecie. Nie są to filmy dla ludzi o słabych nerwach.

Zwierzęta traktowane są jakby były kompletnie pozbawione zdolności odczuwania i nie posiadały prawie żadnych potrzeb poza przemienianiem tego, czym są karmione w użyteczne dla człowieka towary. Trzymane są w ogromnych pozbawionych świeżego powietrza i słońca hangarach, na ograniczonej do minimum przestrzeni. Nigdy nie wychodzą na dwór, nie biegają, nie oglądają światła dziennego. Zmodyfikowane genetycznie, tak aby zwiększyć pożądane przez człowieka cechy np. mleczność u krów, są bardziej delikatne i podatne na różne schorzenia. Stłoczone w ciasnych pomieszczeniach są często chore i oszalałe z powodu całkowitego braku ruchu. Okalecza się je, więc, aby nie robiły sobie krzywdy w próbach rozładowania przeżywanego napięcia. Aby je zmusić do ciągłego jedzenia i przybierania na wadze 18-24 godzin na dobę pali się w nich oświetlenie. Do ich pokarmu, hodowanego na wyjałowionych pełnych chemikaliów glebach, zmodyfikowanego genetycznie, często odbiegającego składem od tego, do jakiego latami przyzwyczajały się żyjąc w naturze, dodaje się profilaktyczne dawki antybiotyków. Powodują one też, że zwierzęta szybciej rosną.

Niektóre, zmodyfikowane genetycznie i karmione antybiotykami kury rosną tak szybko i do takich rozmiarów, że ich nogi nie są w stanie ich utrzymać i nie mogą się dostać do jedzenia, w skutek czego umierają z głodu. Bywa, że przyrostu wagi nie wytrzymuje ich serce. Są tak stłoczone w ciasnych metalowych, pozbawionych ściółki klatkach, że nie mogą nawet rozwinąć jednego skrzydła przez całe swoje marne życie. Kury znoszące jajka oznaczone później cyfrą „3” żyją w warunkach analogicznych do tych, jakie miałoby ośmiu ludzi osób żyjących przez całe życie w windzie. Ptaki nie mogą też realizować swoich naturalnych potrzeb jak kąpiel w piasku czy dziobanie trawy. Ponieważ w takich warunkach mogą wpaść w szał i atakować siebie nawzajem, usuwa się im dzioby, gęsto wypełnione zakończeniami nerwowymi. Robi się to gorącym ostrzem bez znieczulenia.

By zwiększyć produkcję jajek stosuje się „wymuszone pierzenie”. Polega to na okresowym pozbawianiu kur światła, jedzenia i wody, co powoduje, że tracą one pierze. Gdy to nastąpi, zaczyna się intensywne karmienie i naświetlanie, co powoduje wzmożoną regenerację i produkcję jaj. Do ich paszy dodaje się specjalne syntetyczne barwniki, aby żółtka w znoszonych przez nie jajkach miały pomarańczowy kolor. Gdyby nie one ich kolor byłby szary i budził opór kupujących.

Sytuacja kur stała się do tego stopnia okropna – także w Polsce – że postanowiła wpłynąć na nią Unia Europejska. W 1999 roku zakazała trzymania niosek w klatkach pozbawionych ściółki i gniazda o powierzchni mniejszej, niż kartka A4 (!!!) na nioskę. Prawo w całej Unii będzie obowiązywać od 2012 roku. Polska, jako jedyny kraj wspólnoty, chciała opóźnić wprowadzenie przepisów o sześć lat. UE odrzuciła wniosek. Obecnie 90% jajek w Polsce pochodzi z hodowli przemysłowej, którą Unia Europejska uznała za niehumanitarną. Dla porównania w Wielkiej Brytanii, po tym gdy informacje o drastycznym sposobie chowu zwierząt trafiły do konsumentów, już w 2006 roku jajka z chowu przemysłowego stanowiły zaledwie 40% całego rynku.

Nie lepiej wiedzie się zwierzętom większym. Prosiętom wkrótce po narodzinach usuwa się ogon, końcówki uszu i zębów oraz kastruje się je, a wszystko to robi się bez środków znieczulających. Podobnie jak kury, świnie trzymane są w ciasnych boksach, w jakich nie mogą się nawet obrócić. Rosną w takim tempie, że często nie są w stanie utrzymać się na nogach, gdyż są za ciężkie. Często chorują i cierpią, ale nie leczy się ich, gdyż ważne jest tylko zabicie ich póki żyją i mogą przynieść zysk producentowi. Akceptuje się sprzedaż mięsa zwierząt chorych na raka czy inne schorzenia.

Bydło jest kastrowane i odcina mu się rogi. Krowy dające mleko są kilka razy dziennie podczepiane do maszyn, które często je ranią. Cielęta odbiera się im zaraz po urodzeniu i zamyka w ciasnych klatkach, w których nie mogą się one swobodnie poruszać ani nawet wygodnie położyć. Cielaki te często nie mogą chodzić, gdyż ich mięśnie są osłabione z barku ruchu i odpowiedniej diety.

W takich warunkach zwierzęta żyją niepokojąco krótko, o ile w ogóle można ten stan stałego cierpienia nazwać „życiem”. Kurczaki hodowane na mięso mają około dwóch miesięcy, a prosiaki trzech i pół kiedy uznaje się je za gotowe do wywozu do rzeźni. Kiedy świnia nie rośnie dość szybko, producent po prostu zabija ją wcześniej, gdyż taka świnia nie jest dość „rentowna”. Nazywana jest „odpadkiem”.

Po przebywaniu tygodniami w straszliwych warunkach, zwierzęta przeznaczone do uboju są ładowane do samochodów, nieraz w brutalny sposób i odbywają podróż bez wody i jedzenia. Jest to dla nich równocześnie często pierwszy i ostatni raz kiedy mogą zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyć otaczający świat. W takich warunkach zdarza się, że mają połamane kości i są chore zanim do dotrą do rzeźni. Latem umierają z odwodnienia lub zimą przymarzają do ścian ciężarówki.

W tym układzie bywa, że do rzeźni trafiają zwierzęta, które nie są w stanie stać samodzielnie na nogach. Wszystkie zwierzęta posiadają jednak potężny instynkt samozachowawczy i nawet wymęczone są gotowe walczyć aby przetrwać, co generuje ogromną ilość toksyn w organizmie. Przed ubojem powinny zostać uspokojone i oszołomione. Stres oszałamiania jest jednak największym stresem przedubojowym zwierząt. W czasie działania prądem na świnię wzrasta dwukrotnie ciśnienie krwi, a hormony stresu wydzielane są do krwiobiegu z intensywnością od 500 do 600 razy większą niż w normalnym stanie fizjologicznym. Hormony te znajdą się potem w mięsie, jakie trafi do sklepu. Poddawane dalszej „obróbce” świnie w zasadzie powinny być martwe, w pośpiechu jednak niektóre są żywcem umieszczane w opażarkach, które służą do usuwania sierści. Krowom podrzyna się im gardła i zostawia powieszone za tylne nogi aby się wykrwawiły. Bywa, że są wtedy jeszcze przytomne.

Zwierzęta mają przecież układ nerwowy, a jego część odpowiedzialna za odczuwanie jest bardzo podobna do naszego. Stres, szczególnie długotrwały, jest dla nich niszczący, powoduje zapaści a nawet śmierć. Nadmiernie eksploatuje korę nadnerczy w celu zachowania homeostazy (stanu równowagi życiowej), obniża odporność, zwiększając podatność na infekcje bakteryjne oraz inwazje pasożytów. Zwierzęta czują i cierpią, ale prawdopodobnie w porównaniu do nas nie umieją sobie tego cierpienia wytłumaczyć, ani nadać mu sensu. Z resztą, jaki sens miałby dla nich finansowy zysk czy nasze potrzeby realizowane z kompletnym lekceważeniem ich potrzeb?

Osobom niewrażliwym na cierpienie zwierząt, chciałam zwrócić uwagę, że jedzenie pozyskiwane w sposób sprzeczny z naturą, okupiony cierpieniem zwierząt, nie służy również ich zdrowiu. Efektem stresu jest m.in. to, że w mięsie zwierząt ubitych bezpośrednio po transporcie najczęściej wykrywa się podatność na procesy gnilne, a obecne w mięsie zestresowanego zwierzęcia toksyny mogą zatruć organizm konsumenta. Wręcz w modelowy sposób mechanizm stresu wykorzystywała Lukrecja Borgia. Przez kilka miesięcy straszyła świnie przeznaczone na ubój, ich mięsem karmiła wrogów, którzy czując się coraz gorzej doprowadzani byli do śmierci w obłędzie, co z dużym smakiem podają ówczesne kroniki.

Zamknięci w domach i miejscach pracy, zapatrzeni w ekrany telewizorów ludzie, coraz bardziej tracą świadomość swoich więzi ze środowiskiem, zapominają o tym, że nie mogą żyć w wyobcowaniu z przyrody. Potrzebują świata roślin bardziej niż sobie to uświadamiają. Pokrewieństwo miedzy ludźmi i zwierzętami jest bliższe niż chcielibyśmy to uznać, różnice w naszym kodzie DNA są minimalne, mamy podobne układy nerwowe, szczególnie w tych rejonach, które zawiadują emocjami i podatnością na cierpienie. Przez wiele tysięcy lat rozwinęliśmy rodzaj pozytywnej wzajemnej więzi, w którą ostatnio wkradła się niesprawiedliwość o wymiarach wręcz tragicznych.

Moglibyśmy powiedzieć, że winę za taki stan rzeczy ponoszą niehumanitarni producenci i organa kontroli. Jednak opisane powyżej praktyki są możliwe tylko dzięki obojętnym konsumentom – to dzięki ich milczącej akceptacji możliwa jest niezdrowa i okrutna produkcja żywności. Jest to możliwe dzięki ignorancji klientów, którzy nigdy nie zadają sobie pytania jaką drogę przebyło jajko, ziemniak czy schabowy zanim znalazły się na talerzu. Ten stan rzeczy wspiera dodatkowo zrywanie więzi miedzy miastem i wsią, brak szacunku dla pracy na roli i natury. Lekceważymy naturę bo dotąd cierpliwie wszystko znosi. Natura jednak nie wybacza nigdy, nie ma względu na osoby, nie interesuje jej ludzkie dążenie do „rentowności”. Możemy to odkryć za późno, kiedy okaże się, że w stworzonym przez siebie wynaturzonym świecie nie potrafimy żyć.

Co jako konsumenci możemy zrobić, żeby mieć pewność, iż kupowane przez nas produkty zostały wyprodukowane bez naruszenia zasad ochrony środowiska i elementarnych zasad humanitaryzmu wobec zwierząt? I czy w ogóle są jeszcze takie produkty, skoro nawet produkty z marką „Krakus” – przez wiele lat symbol jakości polskiej żywności – produkuje ta sama korporacja, która odpowiada za sławetną aferę „odświeżania” wędlin Constaru?

Po % pierwsze, potrzebujemy uwolnić się od ignorancji, potrzebujemy wiedzy i refleksji, powinniśmy dowiadywać się jak została wyprodukowana kupowana przez nas żywność.

Ilekroć kupujesz żywność zadaj sobie pytanie:

  1. Czy to, co kupuję wspiera moje życie i zdrowie?

Po drugie, potrzebujemy zbudować zdrową hierarchię wartości, a której zdrowie jest ważniejsze niż taniość, a dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb nie może stać wyżej niż wrażliwość na cierpienie czujących istot i degradację środowiska naturalnego.

Ilekroć kupujesz żywność zadaj sobie pytanie:

  1. Czy to, co kupuję wspiera życie i zdrowie otaczającego mnie świata; innych ludzi, zwierząt i roślin, naturalnego środowiska?

Po trzecie, potrzebujemy pozbyć się poczucia niemożności. Nasze codzienne i jednostkowe wybory się sumują i jako takie mogą powodować zmiany sposobów prowadzenia interesów nawet przez wielkie korporacje i hipermarkety. Możemy wspomagać postępowe, odpowiedzialne firmy, które troszczą się o społeczne i środowiskowe konsekwencje swojej działalności.

Ilekroć kupujesz żywność zadaj sobie pytanie:

  1. Czy to, co kupuję wspiera zdrowie i humanitaryzm świata biznesu?

To już się dzieje, choć wciąż zbyt wolno. W ofercie sklepowej coraz częściej możemy znaleźć przyjazne dla środowiska produkty czy żywność produkowaną metodami ekologicznymi, gdyż coraz więcej klientów zaczyna zwracać na to uwagę. Mamy wybór. Wszystko zależy od nas. Zgodnie z starą chińską mądrością pomyślmy trzy razy, zanim kupimy, a nawet jeśli już kupimy towar wyprodukowany niezdrowo i w okrutny sposób, pomyślmy czy aby warto kupić znowu, czytajmy etykiety, pytajmy się sprzedawcy o pochodzenie produktów, domagajmy się od rolników zgodnego z naturą i humanitarnego wytwarzania żywności. Dzięki temu będziemy żyli zdrowiej na zdrowszej ziemi, a zwierzęta, które św. Franciszek nazywał naszymi „braćmi mniejszymi” nie będą przez nas cierpiały.

Krystyna Kozikowska-Koppel