Nasze ciała oddzielone

Jesteśmy istnieniem podzielonym, chronicznie wyobcowanym z wszechświata, ludzi, którzy już dawno przestali być naszymi bliźnimi, ziemi, która nie jest już naszą Matką i nieba, za którym nie kryje się już wspierający Ojciec. Jesteśmy wyobcowani nawet od samych siebie, ponieważ  nasze doświadczenie jest pełne oddzielonych od siebie elementów, jedna nasza cząstka walczy z drugą naszą cząstką. Głowa walczy z sercem, prawa strona z lewą, niektóre części nas samych podnoszą bunt i sabotują inne. Utraciliśmy naszą pierwotną jedność.

Jedną z takich oddzielonych, przez większość ludzi lekceważonych i dawno utraconych cząstek jest nasze ciało. Spójrzmy na nie. Spójrzmy na nasze ciało. Po prostu je mamy. Mówimy o nim najczęściej: „moje ciało”. Mówimy: „moje ciało to, moje ciało tamto…” uzewnętrzniając głęboko zakorzeniony w naszej świadomości i nieświadomości podział na ciało i psychikę. Myśl, że granica ta może być jedynie naszym własnym sztucznym wytworem, wydaje się być tak dziwna, że większość ludzi nawet nie próbuje się nad tym zastanawiać. Przyjmujemy bez dowodu za naturalne, że ciało i umysł są odrębne i stąd już tylko krok do cierpienia i nieustannej walki, w której ciało i  psychika  ścierają się ze sobą, doświadczenie walczy przeciw doświadczeniu tworząc lęki, konflikty, bariery i blokady.

Owszem, staramy się dbać o nasze ciała, karmimy je, przyozdabiamy, z reguły jednak nie pytając je o zdanie. Mało kogo interesuje co jego ciało myśli o kolejnej diecie cud, modnych aczkolwiek niezbyt wygodnych łaszkach, farbie do włosów czy konserwowanej chemicznie żywności. Ciało ma słuchać swego właściciela, koniec i kropka. A właściciel postępuje z nim często gorzej niż z własnym komputerem czy samochodem. Bo wiadomo, sprzęt kupuje się za drogie pieniądze, a ciało się po prostu ma.

Ciało nas nie kosztowało, ciało przynależy nam się w sposób oczywisty, a jeśli się zaczyna buntować, zdziwieni wzywamy specjalistę, jak do zacinającej się drukarki i oczekujemy szybkiego i sprawnego serwisu. Większość ludzi nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że ta oto niezręczna niedyspozycja ciała jest krzykiem ich głębi, nawołującym do zastanowienia się nad samym sobą. Jeśli na dokładkę wierzymy w reinkarnację możemy pocieszać się dodatkowo, że jak nie to ciało to będzie inne (w domyśle: „pewnie lepsze”). Niewielu z nas nachodzi refleksja, że to nowe ciało odziedziczy wojny, konflikty i podziały, jakie toczymy ze sobą.

Kiedy nasze ciała zachowują się grzecznie i spolegliwie najczęściej prawie nie jesteśmy ich świadomi. Wielu ludziom ciało plącze się gdzieś na obrzeżach świadomości, jakby pod nimi. Ich świadomość jest prawie całkowicie zamknięta w głowie. Nawet uczucia, które mają są jedynie intelektualnymi fantazjami o uczuciach, a nie żywym energetyczno-organicznym doznaniem.

W głębi boimy się naszych ciał, ponieważ są one źródłem silnych, często społecznie zakazanych emocji, ponieważ nie potrafimy ich do końca i ostatecznie kontrolować i zakłamać. Mieszczą w sobie cały szereg procesów wegetatywnych, doskonale zorganizowanych, nie poddających się jednak naszej świadomej woli, z którą głównie się utożsamiamy. Naszym ciałom zawsze w jakiś sposób wymyka się nie chciana prawda o nas samych. Bywa, że ludzie mówią iż ciało ich zdradza. Znamy takie określenia w mowie potocznej: „Zdradził go ten gest, ten uśmiech, ta łza, to skulenie ramion, to zaciśniecie pięści”.  Z drugiej strony obserwując innych bardziej jesteśmy skłonni ufać mowie ich ciał niż mowie ich ust, bo dobrze wiemy, że nasze ciała są bardziej prawdziwe.

Patrząc jednak od strony ciała, to właśnie my, bardzo wcześnie, zdradzamy je. Uczymy się tego już w dzieciństwie, kiedy pewnego dnia odkrywamy, że z tymi naszymi ciałami jest coś nie tak. Okazuje się, że różne rzeczy, które te ciała wydzielają bulwersują naszych rodziców, lub wręcz jesteśmy karani za niektóre próby eksploracji naszego ciała, jak choćby tylko lekkim wycofaniem się energetycznym matki, która już wie, że nie powinna dawać dziecku po łapach za  dotykanie narządów płciowych. Nie wszystkie matki jednak to wiedzą.

Nie rzadko można spotkać osoby, które czują się uwięzione w ciele i tylko tęsknią za chwilą, kiedy jako bezcielesne duchy będą mogły wznieść się do wyższych, „czystszych” rejonów egzystencji, gdzie niepodzielną władzę sprawuje psychika nieskrępowana ułomnościami ciała. W wielu systemach tak zwanego rozwoju duchowego ciało jest wprost synonimem grzechu, tak jakby ludzie kompletnie zapomnieli, że materia jest również dziełem Boga. A wielu pewnie poczułoby się obruszonych i zgorszonych na myśl, że Bóg może miłować materię i w niej przebywać, o czym choćby może świadczyć fakt jak wiele zawartych jest w niej przyjemności i piękna. Osobiście jestem przekonana, że Bóg nie dzieli świata na bardziej kochanego ducha i mniej kochaną materię, bo jedno i drugie jest Jego i w Nim, stanowiąc dwie strony tej samej monety.

Kiedy identyfikujemy się z naszą psychiką i występujemy przeciwko ciału, kiedy zamiast jak sprzymierzeńca i przyjaciela zaczynamy traktować je jak wroga, wyobcowane ciało powraca aby znęcać się nad nami. Kiedy jest nam najbardziej potrzebne odmawia współpracy, ujawnia uczucia i stany jakich nigdy byśmy się po sobie nie spodziewali. Jednym z krańcowych przykładów jest miły i sympatyczny, Bogu ducha winny, zawsze uśmiechnięty urzędnik, który pewnego dnia, „nie wiadomo dlaczego”, łapie za automat i strzela do równie Bogu ducha winnych, nieznanych sobie ludzi.

Kiedy zrywamy pierwotną więź z naszym ciałem, przestajemy je miłować i traktujemy jak niewolnika lub ostatecznie wroga następuje najpierw subtelna, a potem coraz bardziej zażarta i bezpardonowa walka, w której ostatecznie nie ma zwycięzców i przegranych, bo obie strony walczą za pomocą jednej energii.

Naszej psychice najbardziej doskwiera nieprawdopodobna wręcz wrażliwość ciała; możliwość przeżywania  fizycznej przyjemności, która ją pociąga często wręcz zniewalająco
i możliwość przeżywania bólu, który rodzi lek i niepokój. Poza tym nasze ciała nie dają się w tej sprawie tak łatwo oszukać. Ból boli bez względu na koncepcje, jakie do niego dorabiamy, a rozkosz pozostaje rozkoszą bez względu na to, jak bardzo staramy się jej zaprzeczyć i udawać, że nas to nie rusza. Poza tym nasze ciała wydają się nam tak bardzo słabe, tak bardzo delikatne, tak łatwe do utracenia. Niepokoi nas śmierć, która w szczególny sposób upatrzyła je sobie. Choć istnieją bardzo kontrowersyjne poglądy, wg których to my sami skazujemy nasze ciała na śmierć przerywając ich życiodajną łączność z życiodajnymi źródłami energii i mocy.

Z lęku przed cierpieniem i lęku przed rozkoszą zamrażamy nasze ciała odcinając je od życiodajnych przepływów energii, krystalizujemy je zapominając, że są one tylko upostaciowaną energią, aż stają się twardymi skorupami niezdolnymi do życia, z których jedynie śmierć może nas uwolnić.

W żywym, zdrowym ciele śmierć i życie są ze sobą organicznie splecione, tworząc nieustanny taniec istnienia. Jedne komórki ulegają śmierci aby inne mogły powstać do życia. Nasze ciała nie mają nigdy więcej niż 7 lat! Kiedy jednak tracimy z nimi kontakt, a dzieje się to już prawdopodobnie w łonie matki, zanim ten kontakt na dobre nawiążemy, przestajemy je tak naprawdę odczuwać. Ponieważ ich nie czujemy, nie widzimy w ogóle żadnego problemu. Nie możemy czuć, że nie czujemy. Czy to nie zastanawiające, że większość ludzi zaczyna odczuwać swoje ciała dopiero poprzez ból? Większość ludzi nie czuje swoich jelit, żołądka, serca, pleców, kiedy ich nie bolą. Potrafią je sobie wyobrazić w głowie, opowiedzieć o nich, ale nie potrafią ich odczuwać. To zadziwiające jak wielu ludzi nie jest świadomych wykonywanych przez siebie gestów, grymasów, sposobu w jaki oddychają, patrzą bądź chodzą. Nie są świadomi tego co mówi ich ciało na zewnątrz, nie wspominając już o tym, co mówi do nich samych. Ja też często przyłapuję się na tym lekceważeniu mowy ciała. Oto już od pewnego czasu, podczas pisania tego tekstu, moje ciało delikatnie mówi mi, że jest mu niewygodnie i ma ochotę się poruszać, a moje oczy, że zmęczyło je patrzenie na ekran komputera. Ale ja ciągle zbywam moje ciało mówiąc „potem”, mamy umowę na pracę do trzeciej trzydzieści. Ale moje ciało czuje się znużone już teraz i sprawa umowy niewiele je przekonuje. Ile razy i w imię czego będę je jeszcze zdradzać zanim się zbuntuje?

Sprawa ta dotyczy szczególnie osób rozwijających się duchowo, dla których zwracanie uwagi na coś tak nędznego jak własne ciało po prostu nie licuje z „poziomem” rozwoju. A tymczasem ciało ma swoje prawa i ni stąd ni zowąd, w najmniej odpowiednim momencie (co należy do ulubionych numerów ciała), takiemu wielkiemu uduchowionemu człowiekowi, mistrzowi duchowemu „wywali” np. zwyczajnym niskim pożądaniem i to do wcale nie tak uduchowionej osoby. I co dalej ? Wstyd i hańba? Zaczyna się więc walka, aby broń Boże takiego ciała nie dopuścić do głosu, co kończy się obopólnym bólem i ranami, a nierzadko obrywa się przy tym tej osobie, która miała czelność zwieść mistrza na pokuszenie.

Można, rzecz jasna, prosić Boga o uwolnienie od pokus, ale jako, że Bóg materię lubi, skutek może być dokładnie odwrotny od zamierzonego, szczególnie gdy do modlitwy nieopatrznie dodamy „Bądź wola Twoja”. No cóż, na miejscu Boga, też nie byłabym szczególnie zainteresowana, gdyby stworzona przeze mnie istota chciała sobie obciąć kawałek samej siebie. Trudno oczekiwać, aby Bóg dostosowywał się do naszych chorych wyobrażeń o tym, co powinniśmy a co nie, odczuwać.

Napięcia i bóle w naszym ciele z reguły są sygnałem, że sprzeniewierzamy się życiu naszych ciał próbując je przykroić do naszych  wyobrażeń, w miejsce czucia i żywego kontaktu. Zdradzamy nasze ciała wycofując się z nich, zastępując świadomość samokontrolą. W akcie samokontroli napinamy mięśnie i spłycamy oddech. Dla ciała oznacza to mniej życiodajnego tlenu, mniej pożywienia dopływającego przez ściskane żyły, mniej przeciwciał, zatrzymanie w mięśniach energii, która chciała wyrazić się w działaniu. Ta powstrzymywana energia pozostaje uwięziona w blokadach. Blokady dają znać o sobie w postaci napięć i bólu. Jeśli np. człowiek zaczyna odczuwać wrogość, aby zamrozić to „brzydkie” uczucie musi nałożyć blokadę na mięśnie podbródka, szyi, ramion i przedramion, aby powstrzymać krzyk musi napiąć mięśnie szczęk, aby powstrzymać płacz mięśnie wokół oczu. I tak w ciele zaczyna się walka dwóch zespołów mięśni – jeden chce coś zrobić, drugi stara się go powstrzymać. Na zewnątrz może nic się nie dziać, ale wewnątrz narasta napięcie aż do bólu, na który najczęściej bierzemy tabletkę, na zasadzie, że to, czego nie czujemy się nie liczy.

W końcu jednak sygnał przerywa barierę, pojawia się poważniejsza choroba, która świadomości większości ludzi jawi się jako losowy przypadek lub dopust Boży. Nie widząc związku miedzy stanem swojej świadomości a chorobą, człowiek stara się leczyć chorobę, usuwając najczęściej objawy a nie przyczyny. Dzieje się tak aż do dnia gdy zmęczone do granic ostateczności ciało odmawia dalszej zabawy w tą grę, a duchowi nie pozostaje nic innego jak udać się na poszukiwanie nowego ciała. I zabawa zaczyna się od początku. I w tym wszystkim większość ludzi uważa się za biedne ofiary sił pozostających poza ich kontrolą!

Najbardziej absurdalne jest to, że ludzie często przypisują efekty własnych działań Bogu. Istnieją nawet całe szkoły, które maltretowanie własnych ciał uznają za wyraz największego uduchowienia, tworząc w swoich chorych wyobrażeniach obraz Boga czerpiącego szczególną satysfakcję z oglądania cierpienia tak bardzo go kochających dzieci. Człowieka o podobnych upodobaniach uznano by prawdopodobnie za kompletnie wynaturzonego, ale Bogu, w glorii i chwale, przypisuje się takie cechy, jakie uznajemy za wręcz chore u ludzi. Tak jakby słowo „Bóg” załatwiało tu wszystko.

Wyobraźmy sobie np. co pomyślelibyśmy o ojcu, który wyrzuciłby z domu swoje małe dopiero co stawiające pierwsze kroki dziecko za popełnienie błędu, którego to dziecko nawet nie jest w stanie zrozumieć. Wyobraźmy sobie, co pomyślelibyśmy o ojcu, który oczekiwałby od własnego pierworodnego, umiłowanego syna aby  zapłacił za pomyłkę tamtego dziecka, własną krwią, sycąc jego pragnienie zemsty. Prawdopodobnie uznalibyśmy go za chorego i obłąkanego, ale u ilu ludzi zachwyca się takim bogiem! Bóg ten rzekomo niczym bardziej się nie cieszy jak tym, gdy wyrzekamy się naszych ciał, zdradzamy je i katujemy. Szczególną przyjemność sprawia mu gdy odmawiamy sobie seksu, dając mu do zrozumienia, że jest on dla nas ważniejszy niż przyjemności naszego ciała, w które on nas sam wyposażył. Tkwi w tym jakaś wpółprzytomna logika, która mówi, że gdy drogowskaz pokazuje w prawo to niechybnie należy skręcić w lewo. Wygląda to jakbyśmy byli przekonani, że wiemy lepiej, chcieli zastąpić Boga w dziele stworzenia, a ostatecznie kończymy na manipulowaniu sobą i całym światem. Ciało mówi: „To jest dobre. Tak rób.”, a człowiek: „ A właśnie, że nie.”. Ciało mówi: „Boli, przestań.”, a człowiek: „A właśnie, że tak”. Wygląda to jakby ludzie nie byli zdolni do miłującego, akceptującego stosunku do swoich ciał, jakby ciała te objawiały jakąś szczególnie trudną do przyjęcia prawdę o tym, że nie wszystkim da się manipulować i nie wszystko poddaje się ludzkiej chorej woli, która z niewiadomego powodu lubi powiedzieć „nie” tylko po to, aby zamanifestować „kto tu rządzi”. W tym rozpędzie do rządzenia psychika podcina gałąź, na której siedzi. Ciało wytrzymuje wiele, ale jak już powie „nie” bywa to „nie” bolesne i ostateczne.

Może wiec dobrze byłoby w codziennej pogoni zatrzymać się i pochylić nad naszym ciałem, posłuchać, co ma nam do powiedzenia. Czy to nie dziwne, że tak niewiele wiemy i rozumiemy jeśli chodzi o nasze własne ciało? Pryszcz? To maść, albo fluid i puder. Nie pytamy naszego ciała co chce nam przez ten pryszcz powiedzieć. Uznajemy milcząco, że wywołują to siły pozostające poza naszą kontrolą, z którymi musimy walczyć.

Tymczasem bardzo wiele już dziś wiemy na temat tego jak stwarzamy w naszych ciałach problemy i blokady. Określone obszary ciała wyrażają określone emocje. Nie płaczemy uszami, ani nie słuchamy rękami, nie czujemy miłości w nerkach. Jeśli blokady pojawiają się w określonych obszarach, to są one wynikiem możliwych tam do wyrażenia emocji. Istnieje już wiele odpowiednich map ciała pozwalających odczytać jaka emocja może kryć się za napięciem w określonej części ciała.

Rozwijając w sobie akceptację i troskę o ciało możemy nauczyć się rozumieć co się dzieje. Odzyskujemy wtedy rzeczywistą kontrolę nad procesami zachodzącymi w naszym ciele. Kontrola ta jednak nie polega na tłumieniu ale na porozumieniu się, nawiązaniu dialogu, w którym szanujemy tą część siebie, jaką jest ciało. Słuchamy jej i szanujemy to, co mówi. Oznacza to często konieczność kompromisów, umiejętność ulegania i poddawania się impulsom naszej fizyczności, co często jest tym trudniejsze im wyższy poziom duchowego rozwoju chcemy sobie przypisać. Ale gdy tego dokonamy nasze walki miedzy ciałem i psychiką przeradzają się w taniec i dawni wrogowie zostają kochankami. Wtedy możemy pokochać całych siebie, a nie tylko „lepszą” połowę.

Krystyna Kozikowska-Koppel