Między indywidualnym a społecznym

Z jednej strony:
Jesteś sobą, a wiec trzeba być indywidualnością, być prawdziwym sobą, żyć po swojemu, nie według czyichś upodobań, wystrzegać się schematów, nie dać się zaszufladkować, nie kopiować innych….

Z drugiej strony:
Żyjesz w społeczeństwie, a więc trzeba się przystosować, trzeba, a wręcz opłaca się podporządkować się pewnym normom, regułom, prawom, postępować zgodnie z zasadami…

To, co społeczne jawi się często jako opozycja naszego ja, przeciwstawiając interesy zbiorowości interesom indywidualnej jednostki. Obie te opcje mają swoje korzyści i swoją cenę, swoich zwolenników i przeciwników, swoje ryzyko.

Z jednej strony – indywidualizm, który uznaje za naczelną wartość interes jednostki, buduje jednostkową tożsamość – świadomość, że jest się niepowtarzalnym  posiadaczem określonych cech tworzących jedyny w swoim rodzaju układ, który decyduje o odrębnym, stałym poczuciu ciągłości, a więc siłą rzeczy nie ma drugiej takiej samej jednostki. Nie da się tak do końca przystosować, nie tracąc czegoś z siebie samego.

W trosce o własną indywidualność można stać się jednak pozostającym na uboczu lub w opozycji do społeczeństwa autsajderem, wyraźnie odstającym od reszty, nieangażującym się we wspólne sprawy, promującym swoją indywidualność kosztem innych, unikającym podporządkowania się dla zasady. W negatywnym wydaniu, indywidualizm postrzega się jako źródło egoizmu, chciwości, agresji, konfliktów prowadzących w rezultacie do dezintegracji społeczeństwa.

Z drugiej strony – prospołeczność, która buduje tożsamość społeczną – określa świadomość przynależności do pewnej grupy lub kategorii osób dającą poczucie wspólnoty i umożliwiającą współdziałanie, wyznacza role społeczne, wśród których możemy dokonywać wyboru, daje poczucie wsparcia i bezpieczeństwa, ale i wyznacza ramy dla naszej indywidualności. Nie da się tak do końca pozostać indywidualnością nie wypadając z kontekstu społecznego.

W trosce o społeczną tożsamość można zostać konformistą, podporządkowującym się bezrefleksyjnie wartościom, poglądom i zasadom postępowania obowiązującym w danej grupie społecznej, wręcz uznać jej normy i wartości za własne, podążać w kierunku zgodnym z jej oczekiwaniami, nie zastanawiając się nad własnymi celami. W negatywnym wydaniu, konformizm postrzega się jako podporządkowanie się normom społecznym bez refleksji nad ich sensem i celowością, mechaniczną akceptację wszelkich zasad i wartości, źródło biernej uległości, bezmyślnej aprobaty reguł głoszonych przez innych.

Wybierając siebie ryzykujemy, że stracimy cały świat, wybierając świat, że stracimy siebie samych. Kiedy wybieramy jedno, drugie pozostaje w cieniu i staje się naszym wrogiem. Kiedy wybieramy indywidualizm, naszym wrogiem staje się społeczeństwo, które coraz bardziej naciska na nas, abyśmy wpasowali się w którąś z podsuwanych nam ramek. Kiedy wybieramy społeczeństwo nasza indywidualność wyrywa się na wolność w postaci niechcianych impulsów i pragnień, poczucia miałkości i bezsensu życia.

Jak się w tym odnaleźć?

Jak być sobą, wolnym i niezależnym, który robi to, na co ma ochotę,  a równocześnie nie wypaść z kontekstu społecznego i nie zostać przez społeczeństwo odrzuconym, w krańcowym przypadku zamkniętym i pozbawionym wolności? Jak, dostosowując się do społeczeństwa, spełniając jego oczekiwania, zyskując je dla siebie i zdobywając dostępne w nim gratyfikacje, nie zagubić samego siebie, nie stracić własnej wolności?

Jeśli odłożymy na chwilę na bok kwestię wyboru i opowiadania się za którąkolwiek opcją i przyjrzymy się uważnie temu, co się dzieje, możemy zauważyć, że dychotomia tworząca podwaliny problemu jest pozorna i istnieje jedynie w naszym myśleniu. W gruncie rzeczy społeczeństwo jest pojęciem abstrakcyjnym i w konkretnej rzeczywistości istnieje jedynie jako zbiór konkretnych indywidualności, a indywidualność istnieje jedynie w kontekście społecznym, w odniesieniu do innych indywidualności, z jakich się wyodrębnia. Nawet jednostka, która zdecydowała się to społeczeństwo opuścić, pozostaje autsajderem jedynie w kontekście odległego społeczeństwa. Nawet jednostka, która w pełni utożsamia się ze społeczeństwem, zachowuje indywidualność choćby na poziomie materiału genetycznego, linii papilarnych, jedynego w swoim rodzaju sposobu wyrażania społecznych norm.

Z tego punktu widzenia, problemem nie jest wybór pomiędzy indywidualnym a społecznym, ale zbudowanie harmonii, nawiązanie komunikacji – budowanie społeczeństwa przyjaznego indywidualności, rozwijanie form wyrazu indywidualności przyjaznych społeczeństwu, stworzenie proindywidualnego społeczeństwa, promującego prospołeczny indywidualizm. W takim układzie, im bardziej jednostka rozwija swoją indywidualność, tym bardziej korzysta na tym społeczeństwo, gdyż wnosi ona do niego swój jedyny i niepowtarzalny wkład. Im bardziej społeczeństwo tworzy warunki do rozwoju indywidualności, tym bardziej korzystają na tym jednostki, znajdując w nim przestrzeń do jedynej w swoim rodzaju samorealizacji.

Pomyślmy o puzzlach – każdy jest inny i pasuje tylko w jednym miejscu układanki, ale razem tworzą harmonijną całość. Tak samo, możemy sobie wyobrazić harmonijne społeczeństwo złożone z samych indywidualności. Chodzi tylko o znalezienie dla własnej indywidualności odpowiedniego miejsca w społeczeństwie, i współudział wszystkich indywidualności w tworzeniu społeczeństwa.

Prosto powiedziane, ale jak to zrobić? Czy nie trzeba by na to zmienić całego świata?

Sprawa jest o wiele prostsza i trudniejsza zarazem. Trzeba zacząć od własnego umysłu. Przestać myśleć w kategoriach opozycji i wrogów, a zacząć myśleć w kategoriach współdziałania i sprzymierzeńców. Banalnie proste?

No to spróbuj to zrobić…

Krystyna Kozikowska-Koppel