Między ciałem i umysłem

Postrzeganie siebie przez ludzi lokuje się gdzieś na kontinuum pomiędzy postrzeganiem siebie jako ciało, zawierające w kostnej puszce na szczycie organ wielkości mniej więcej grejpfruta, który wytwarza cale ich życie psychiczne, a postrzeganiem siebie jako niematerialny umysł, duszę, ducha, dla którego ciało stanowi ograniczony sposób przejawiania się w tym świecie. Dla potrzeb tych rozważań będę używać słowa „ciało” dla określenia całokształtu fizycznych struktur i procesów składających się na organizm człowieka, a słowa „umysł” dla określenia całokształtu życia psychicznego, na który składają się emocje, myśli, akty woli i poczucie własnego ja.

Ciało

Pierwszy z krańców opisanego powyżej kontinuum autopoglądowego jest obecnie oficjalnym światopoglądem naukowym. Wydaje się ogromne sumy pieniędzy i przeznacza wiele godzin czasu na badania, usiłując rozszyfrować, w jaki sposób działa materialne ciało i jak „produkuje” fenomen zwany umysłem. Możemy potem przeczytać w różnych zarówno naukowych, jak i popularnych opracowaniach, że kiedy w naszym fizycznym organie generującym umysł – mózgu coś się np. wydziela, aktywizuje, przepływa, doświadcza on pewnych stanów umysłowych, dajmy na to: zakochania się. Np. wrzucając do Wikipedii hasło „mózg”, możemy sobie przeczytać: „Kresomózgowie nadzoruje większość czynności fizycznych i umysłowych. Różne obszary kresomózgowia są odpowiedzialne za rozmaite reakcje świadome.” Czyli to nie „ja” nadzoruję większość czynności fizycznych i umysłowych, ale nadzoruje je moje kresomózgowie, nie „ja” jestem odpowiedzialna za rozmaite, uwaga! „świadome” reakcje, ale jest odpowiedzialne za nie moje kresomózgowie? Czytając te opracowania, można odnieść wrażanie, że nie tyle żyjemy, ile nasze życie jest produktem aktywności naszego mózgu, w jakim zachodzą samosterujące się procesy, generujące na pewnym poziomie taki fenomen jak świadomość.

Nie ma mózgu nie ma umysłu, nie ma życia, koniec, finito, ale też hulaj dusza, nie ma piekła, byle tylko udało się ominąć fizyczne ograniczenia. Niestety ciało ma ograniczone możliwości, wynikające z jego budowy i wrażliwości oraz pewien rodzaj wbudowanych bezpieczników. Jak chcemy je przekroczyć, doświadczamy bólu lub ciało w pewnych momentach wyłącza się, tracąc przytomność i uniemożliwiając nam dalsze działanie, czy wręcz totalnie się psuje. Wypilibyśmy np. jeszcze kieliszek więcej tego powodującego przyjemny stan umysłu napoju, ale lądujemy pod stołem i bywa, że spod tego stołu nie wstajemy. Koniec zabawy. Możemy też ciało pozbawić możliwości działania nie odpowiadającego innym ciałom, zamykając je np. w więzieniu lub innej palcówce i podać niezbyt przyjemnej reedukacji.

Jednak, czy można nas winić za niewłaściwe zachowania? Nasz umysł szwankuje, jeśli w mózgu coś się dzieje w nieprawidłowy sposób. Istnieje więc powszechna tendencja do odchodzenia od karania za złe zachowania na rzecz leczenia czy resocjalizacji. Np. naukowcy odkryli, że niektórzy zostają alkoholikami, ponieważ mają genetyczną podatność na alkohol. Po prostu otrzymali od rodziców geny, które na wejściu stawiają ich na straconej pozycji wobec alkoholu. Ot, mieli pecha w genetycznej loterii.

A szczęście? No cóż, nasze szczęście w tym układzie zależy od wydzielania się w naszym mózgu odpowiednich substancji tzw. hormonów szczęścia, zwanych endorfinami, które wywołują nasze doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie oraz generalnie wszelkie inne stany euforyczne. Endorfiny są endogennymi opioidami. Niestety na te same receptory w mózgu działają też opioidy egzogenne, jak morfina czy heroina, wywołując również zniesienie bólu, uczucie przyjemności i dobrego nastroju, wywołując też silne uzależnienie psychiczne i fizyczne. Ciało łatwo daje się oszukać, a piekła niekoniecznie trzeba szukać w zaświatach.

Według tego podejścia, zaczynamy istnieć w chwili narodzin ciała i kompletnym przypadkiem rodzimy się biedni lub bogaci, zdrowi lub chorzy, mądrzy lub głupi, piękni lub brzydcy, co i tak nie ma zbyt wielkiego znaczenia, bo przeżywszy mniej bądź bardziej udane życie wszyscy równo wracamy z powrotem do materii, a nasz umysł pozbawiony mózgu znika. Wszystkie doznania z pogranicza śmierci, które mogłyby wskazywać na istnie czegoś poza śmiercią, są tylko iluzjami generowanymi przez gasnący w wyniku śmierci mózgu umysł, artefaktami bez istotnego znaczenia. Umysł pojawia się w efekcie, z jednej strony przypadkowego, choć z drugiej – celowego działania samosterującego się procesu, który, po spełnieniu przez niego swojego zadania, po prostu wyrzuca go do kosza z odpadkami.

Umysł

Drugi kraniec jest domeną różnych religii i szkół duchowych. Uczą nas one, że jesteśmy wcielonym umysłem, duszą, duchem, w krańcowym przypadku wręcz uwięzionym w klatce obcego ciała, który pewnego dnia zostanie z niego uwolniony lub je porzuci i powróci do właściwego sobie stanu wieczystej szczęśliwości, bytowania w niematerialnej formie. Często jednak ten stan szczęszęśliwości jest powiązany z grzecznym sprawowaniem się; kiedy żyjąc w ciele sprawujemy się właściwie, postępując wg. zalecanego systemu norm, idziemy do krainy wiecznej szczęśliwości, ale jeśli jesteśmy niegrzeczni – możemy znaleźć się w krainie wiecznego potępienia, skazani na wieczne cierpienie. Bycie grzecznym oznacza przy tym najczęściej wiarę w jedyną i najbardziej prawdziwą wizję Najwyższej Istoty. Często mniej istotne jest to, co robimy i co może nam być wybaczone, ale najistotniejsze jest abyśmy spośród wielu wizji boga wybrali tą jedynie „prawdziwą”, wpisali się w zastęp sług Boga Prawdziwego. A który bóg jest „Prawdziwy”? Według wyznawców różnych bogów ten, w którego właśnie oni wierzą, a łaska wiary polega na tym, że należy to przyjąć bez dowodu. I tu też jak na loterii, możemy mieć pecha zapisawszy się do niewłaściwego boga i tym samym skazać na wieczyste męki, w efekcie podjęcia jednego niewłaściwego wyboru przy barku dostatecznych danych.

Niektóre szkoły duchowe są bardziej tolerancyjne i uznają, że wszystkie sposoby przedstawiania boga są tylko różnymi opisami tej samej Najwyższej Istoty i nie ma znaczenia, jaka postać została przez nas wybrana i tak zwracając się ku niej, zwracamy się do tego samego Boga. W tym układzie nacisk kładziony jest bardziej na życie zgodne z systemem norm i właściwe zachowanie. Za niewłaściwe postępowanie z reguły jednak nie grozi nam wieczna kara, ale raczej kolejna egzystencja, w kolejnym ciele, w gorszych warunkach.

Niektórzy posuwają się jeszcze dalej, twierdząc, że Bóg jest w gruncie rzeczy projekcją naszej własnej Jaźni, która jest rzutowana na zewnątrz, a następnie czczona. Stanowi on naszą najgłębszą prawdziwą istotę, a nasze zadanie polega na odkryciu tego faktu.

Istnieją też szkoły duchowe, które nie uznają pojęcia boga lub się nim nie zajmują, uznając, że ciało jest narzędziem ewolucji niematerialnej istoty duchowej. Istota ta ewoluuje wcielając się w szereg ciał, dzięki nim uczy się i rozwija podążając ku coraz większej doskonałości. W niektórych ujęciach proces tego doskonalenia jest wieczny i nigdy się nie kończy.

Wg tego typu koncepcji, śmierć uwalnia istotę duchową z ciała i wtedy wędruje ona gdzieś do swojej prawdziwej ojczyzny lub znajduje się we właściwym sobie stanie. Czasami śmierć zaskakuje umysł, dosłownie wyrzucając go z ciała, który dezorientowany, nie zawsze od razu uświadamia sobie jego brak. Zagubiony, potrafi czasami wałęsać się po tym świecie, generując różne, niewyjaśnione dla innych wcielonych jeszcze umysłów, zjawiska. Według niektórych poglądów wysoko rozwinięta duchowo istota, nie zostaje wyrzucona ze swojego ciała przez nieprzewidywalną śmierć, ale opuszcza je w wyniku świadomego wyboru, może też je przetransformować w energię tzw. fenomen „tęczowego ciała”, pozostawiając po sobie tylko włosy i paznokcie.

Z tej perspektywy, ciało w obecnej formie jest stanem czasowym, który zostanie prędzej czy później odrzucony, przy czym wg jednych poglądów zostanie odrzucone definitywnie, wg innych zostanie przekształcone w ciało doskonałe, wolne od cierpienia, chorób i postępującego starzenia się.

Szczęście, wg poglądów duchowych, jest efektem poprawnego postępowania, jednak często odroczonym w czasie lub właściwością prawdziwej natury umysłu, rozpoznawaną w procesie długotrwałego rozwoju samoświadomości.

Pomiędzy

Te dwa typy poglądów prezentują się tak odmiennie, że wydają się należeć do dwóch różnych porządków rzeczy, jawią się jako – bywa, że walczące ze sobą – opozycje. Jednak, jeśli przyjrzymy się im dokładnie możemy zauważyć, że w stanowią dwie części tego samego poglądu, wg którego umysł i ciało są dwoma odrębnymi bytami.

Przyglądając się im obu wytrwale w naszej własnej świadomości możemy zauważyć, że ciało i umysł przechodzą w siebie wzajemnie jak figura i tło. Kiedy postrzegamy ciało – w tle pojawia się umysł, kiedy postrzegamy umysł – ciało schodzi do tła. Jeśli przyjrzymy się głębiej temu procesowi, możemy dać sobie sprawę, że zarówno ciało jak umysł są obiektami świadomości, pomiędzy którymi pojawia się jedno z dwóch przekonań: „mam” lub „jestem”. „Jestem ciałem – mam umysł” albo „jestem umysłem – mam ciało” w przypadku opisanych powyżej dwóch krańców kontinuum postrzegania samego siebie. Im bardziej zbliżamy się do centrum tym bliższa są one opcjom: „jestem umysłem – jestem ciałem” lub „mam umysł- mam ciało”. Dychotomia ciało-umysł postrzegana jest jako jedność psychofizyczna. Ciekawe jednak jest pojawiające się tu określenie „jestem”, oznaczające utożsamianie się, identyfikację lub „mam” – stanowiące wyraz od-tożsamienia się, dezidentyfikacji. Implikuje to pytanie: Kto, lub co „ma” lub „jest”? Odpowiedź jest z reguły oczywista – ja. Ja mam/jestem ciało/umysł.

Obserwując owo „ja” możemy zauważyć, że jest ono w stanie przyjmować dwa stany: zaangażowanego działacza – „jestem”, co oznacza jestem tym oto doświadczeniem, przeżywam je całym sobą, angażuję się w nie lub biernego obserwatora – „mam”, co znaczy zdarza mi się to oto doświadczenie, ale nie jestem z nim nierozerwalnie związany, mogę się zdystansować i je obserwować, pochwycić własną świadomością.

Pytamy więc, czym jest to „ja” i tu pojawiają się schody… bo kiedy skupimy się na ja, odkrywamy, że w naszym doświadczeniu nie ma nic poza ja, choć może nam się jawić w setkach przebrań, ukrywać pod różnymi doznaniami, zawsze na końcu znajdujemy „ja”. Nawet, gdy badam obiektywnie i naukowo zewnętrzny świat, odpowiedź na pytanie – „Kto bada obiektywnie i naukowo zewnętrzny świat?” – brzmi – Ja. Możemy starać się go pozbyć i je odrzucić, ale… – Kto wówczas pozbył się ja? Nawet nie-ja jest nie do pomyślenia bez ja, jest tylko cieniem ja. A jednak… niektórzy twierdzą, że to „ja” nie istnieje. Z mojego punktu widzenia, ja może sobie istnieć, może sobie nie istnieć, być kimś/czymś czy być nikim/niczym – jak tam sobie chce.

Krystyna Kozikowska-Koppel