Jak to jest z tą misją?

Istnieje kilka niezwykle istotnych, bardzo prostych pytań, na które jednak wcale nie tak łatwo jest odpowiedzieć:

  • Kim jesteś?
  • Gdzie jest Twoje miejsce?
  • Czego chcesz?
  • Dokąd zmierzasz?
  • Co robisz?

Jeśli się uważnie przyjrzymy, możemy zauważyć, że w toku naszej podróży przez życie odpowiedzi na te pytania ewoluują, czasami bardzo subtelnie, czasami gwałtownie, tak, że przypomina to bardziej rewolucję niż ewolucję. W naszą naturę wkodowana jest tendencja do przekraczania granic. Przez cale życie, w mniejszym lub większym stopniu, bardziej lub mniej świadomie przekraczamy różne granice, co prowadzi do redefiniowania samego siebie.

Jednej z wielkich przemian doświadczamy w chwili narodzin; przekraczamy w ekspresowym tempie granicę pomiędzy ciasną, zamkniętą przestrzenią macicy  (gdzie sufit jest tak nisko, że nie można podnieść głowy) a całym uniwersum. Z pływającej w wodach płodowych, całkowicie zależnej do matki istoty przekształcamy się w istotę oddychającą powietrzem, która za sufit ma bezmiar kosmosu i która z każdym kolejnym dniem będzie się stawała coraz bardziej samodzielna i zdobywała dla siebie coraz to nową przestrzeń, pokonując bariery najpierw własnego łóżeczka, potem pokoju, mieszkania, podwórka, dzielnicy, miasta, kraju, a kiedyś być może ziemi i kosmosu. Do pokonywania zewnętrznych barier, dołącza się pokonywanie barier wewnętrznych, rozwijanie nowych umiejętności psychologicznych, kolejne zmiany obrazu samego siebie.

Każdy z etapów naszego rozwoju stawia przed nami różnorodne zadania do spełnienia. Wszystkie one zogniskowane są, jak kolorowe korale na wokół nitki, wokół naszego jedynego i niepowtarzalnego podejścia do nich. Na każdym z nich zostawiamy swój własny indywidualny ślad. Wykonujemy je w jedyny, właściwy dla nas sposób, nadajemy im jedyną, właściwą nam wartość i odejmujemy decyzje, które zawsze są nasze własne, nawet gdy decydujemy zgodnie z wolą kogoś innego. To, co ważne dla nas, może nie być ważne dla kogoś innego, albo nie być ważne w taki sam sposób. To, na co się zdecydujemy warunkuje zarówno treść naszego osobistego doświadczenia, jak i określa dla innych naszą rolę i udział w świecie, jaki nas otacza. W tym naszym osobistym wartościowaniu i decydowaniu, jakie zdania podejmiemy tkwi klucz do naszej osobistej misji.

Różne podręczniki, artykuły, kursy zarzucają ludziom, że żyją zwykłą „szarą” codziennością, wykonując swoją pracę i obowiązki bez jakiejś szczególnej pasji czy  radości, realizując raczej fundamentalne cele innych ludzi: przyjaciół, rodziny, społeczeństwa czy firmy, w której pracują, nie dbając lub nie wiedząc i nie myśląc o tym, jaki jest ich własny, szczególny cel w życiu. Modny jest pogląd, wg którego życie zgodne z indywidualną misją jest różami usłane, pełne poczucia spełnienia i ekscytacji. Jeśli ich nie doświadczamy, znaczy się robimy to, co nie jest zgodne z naszą własną indywidualną życiową misją i wystarczy tylko, że naszą misję odnajdziemy, a będziemy co rano jak skowronek radośnie zrywać się, pełni chęci do spotkania z nowym dniem.

Czy tak jest? Czy jeżeli w mozole zwlekamy się rano z łóżka, z niechęcią myśląc o pójściu do pracy, a potem cały dzień z trudem borykamy się, w dodatku samotnie, z różnymi przeciwnościami, to znaczy, że nie realizujemy naszej misji? Być może tak jest, ale niekoniecznie. Róże w końcu mają też kolce.

Dostępny w Internecie „Słownik języka polskiego”[1] podaje, że słowo „misja” oznacza – posłannictwo, ważne, dopowiedziane zadanie do spełnienia, przy czym „posłannictwo” – to ważne zadanie do spełnienia, podejmowane dla dobra innych. Dokonując wartościowania zadań, jakie wykonujemy w odpowiedzi na wyzwania stawiane przed nami przez świat, uznajemy jedne za bardzie wartościowe, inne za mniej. To nasze wartościowanie sprawia, że w miarę upływu czasu rozpoczynające się w różnych obszarach życia trajektorie naszych działań zmierzają do jednego atraktora[2], tworząc jedyny w swoim rodzaju wzór naszej życiowej misji. Jednak wzór ten jest nie zawsze prosty i jednoznaczny, miewa swoje niespodziewane zwroty. Z jednej strony, dąży do przejrzystości i uporządkowania, z drugiej – zmierza do chaosu niespodziewanych zmian. Są ludzie, których droga życiowa biegnie prosto jak strzelił, ale są i tacy, których droga zatacza meandry, zawraca, złamuje się pod niespodziewanym kątem lub wręcz ginie w mroku. Nie jest to ani dobre ani złe, ale po prostu różne.

Może być też tak, że ważnym dla nas zadaniem jest nauczyć się samotnie borykać z przeciwnościami, albo nauczyć się wykonywać cierpliwie te same nużące czynności, lub pomagać innym w realizacji ich celów, albo wytrwać w czymś, mimo baraku poczucia spełnienia, doświadczyć życia szarego nijakiego, bezbarwnego lub być czyimś tłem. Aż prosi się, aby w tym miejscu napisać, że istotne jest, aby być w tym wszystkim świadomym, dokonać świadomego wyboru i określenia swojej misji, ale temu też można by przeciwstawić pogląd, że przecież można by sobie wybrać życie w nieświadomości i to też gwarantuje nam wolność, jaką mamy w kwestii wyboru. Nawet, gdy pędzimy życie szare i nic nie znaczące w oczach innych ludzi, też jest ono naznaczone naszą indywidualnością i ma swoją subiektywną wartość, swój własny, jedyny w swoim rodzaju wzór, swoją własną misję.

Przekonanie, że odkrycie swojej misji daje nam pasję i ekscytację wynika z pewnego niezrozumienia. Po pierwsze, zawiera założenie, że misję musimy odkryć, czyli, że rodzimy się z rodzajem wdrukowanego planu do zrealizowania i nasze pozytywne emocje wskazują nam, że jesteśmy na dobrej drodze. Tymczasem naszych wyborów nie dokonujemy tylko w oparciu o to, co zdeterminowane, a emocje nie są jedynymi wskaźnikami, z jakich korzystamy. Po drugie, podejście to nie uwzględnia naszej zdolności do stopniowego przyzwyczajania się do tego, co pozytywne, przesytu i znudzenia.

Dwa sposoby precyzowania własnej misji:

Nasze decyzje możemy podejmować na dwa sposoby, kierując się myśleniem – starając się podejmować decyzje w sposób bezosobowy, obiektywny i logiczny, opierając się na szacunku „pro” i „kontra” lub „prawda” i „fałsz” oraz kierując się odczuwaniem – podejmując decyzje w oparciu o własne najwyżej wartościowane uczucia, opierając się na doznaniach przykrości i przyjemności, sympatii i antypatii. Wynika z tego, że możemy uznać coś za sensowne i ważne, ale wcale nie musi być to dla nas przyjemne, co więcej nawet niekoniecznie uczucie przyjemności doznawane przy realizacji czegoś musi być dla nas na tyle ważne, abyśmy kierowali się nim przy dokonywaniu wyboru.

Przyjrzyjmy się, czym są uczucia. Uczucie to stan psychiczny odzwierciedlający stosunek do czegoś. Uczucia zawsze dotyczą czegoś, czego doświadczyliśmy, budują się i bazują na tym, nawet gdy są długotrwałe, są odtwórcze. Nie możemy mieć żadnych uczuć wobec czegoś kompletnie nieznanego, poza niekonkretnym uczuciem leku lub fascynacji faktem, że jest to nieznane, co zależy od naszych wcześniejszych doświadczeń z rzeczami nieznanymi. Jeśli mamy wobec nieznanego jakiekolwiek konkretne uczucia, to dlatego, że przypomina nam, jest w jakiś sposób podobne do tego, co już znamy. Uczucia zawsze wynikają z przeszłych doświadczeń. Jeśli więc podejmujemy decyzje w oparciu o odczucia, podejmujemy je w oparciu o przeszłe doświadczenia. Zawsze przeszłe, bo nawet teraźniejsze uczucie wynika z doświadczenia, jakie już się odbyło; nas umysł zdążył już je przeanalizować i ocenić, nawet jeśli w naszej świadomości ono jeszcze trwa. W każdej chwili jednak ocena może ulec zmianie, przyjemność może zmienić się w przykrość. W tym układzie, może się okazać, że to, co w przeszłości dawało nam radość będzie nam dawać ją i w przyszłości, tym bardziej, że z reguły cieszy nas wykonywanie czegoś, w czym czujemy się dobrzy Jednak, nie zawsze tak jest. Bywa, że wyrastamy z dawnych radości i satysfakcji, tak jak z dawnych zabawek czy ubrań i przychodzi czas udania się na poszukiwanie czegoś nowego. A to, co nowe nie zawsze jest od razu przyjemne, wymaga podjęcia trudu uczenia się nowych zachowań, ponoszenia kosztów popełnianych z niewiedzy błędów.

Poszukiwanie czegoś nowego oznacza opuszczenie dotychczasowej strefy komfortu i zapuszczenie się w nie zawsze gościnne regiony, w jakich spotykamy, nie zawsze przyjazne kreatywne siły naszego umysłu i nie zawsze sprzyjające warunki otoczenia.

Misja z reguły ukierunkowywana jest przez wizję, czyli wyobrażenie jakichś zdarzeń mających zajść w przyszłości. Przy czym, u niektórych ludzi jest to raczej antywizja, czyli wyobrażenie tego, co nie chcieliby, aby zaszło w przyszłości. Niemniej, nawet jeśli skupiamy się głównie na unikaniu rzeczy niechcianych i tak mniej lub bardziej świadomie dokopujemy wyboru konkretnych zadań do wykonania. Jeśli kierujemy się wizją, np., dochodowej pracy będziemy zwracać uwagę przede wszystkim na zadania, których wykonanie potrafimy wyobrazić sobie jako dochodowe, jeśli kierujemy się antywizją, np. aby praca nie była związana z ryzykiem, będziemy zwracać uwagę przede wszystkim na zadania, w odniesieniu do których nie potrafimy sobie wyobrazić zagrożenia, co samo w sobie jest metodą dość ryzykowną.

Wizja może rozwijać się na podłożu znanych nam pozytywnie ocenianych przeszłych doświadczeń, co znaczy, że wyobrażamy sobie, że w przyszłości będzie się działo to, co jest podobne do tego, co było dla nas kiedyś przyjemne lub coś odwrotnego do tego, co nie było przyjemne, co też będzie przyjemne, na zasadzie kontrastu. W tym sensie rzeczywiście „odkrywamy” naszą misję, kierując się zapisanymi w przeszłości doznaniami. Kontynuujemy i rozwijamy naszą umiejętność czerpania z czegoś radości, satysfakcji i zadowolenia. Nasza misja, czyli ważne dla nas zadania są podejmowane na podstawie naszych wizji, kiedy to wyobrażamy sobie, że coś mogłoby nam dawać radość, bo jest w jakiś sposób podobne do tego, co nam dawało radość kiedyś i… bywa, że się rozczarowujemy, kiedy owo coś okazuje się być nie tak podobne, jak się w pierwszej chwili wydawało. Jednak w tym układzie jest zdeterminowana naszą przeszłością i stanowi próbę rozwinięcia tego, co w niej pozytywne.

Z rozpoznawaniem swojej misji na podstawie głębokiej doświadczanej satysfakcji, trzeba też być nieco ostrożnym, bo owa satysfakcja może mieć zupełnie inne źródła niż początkowo mogłoby się wydawać. Kiedyś postanowiłam spróbować pracy przy rozklejaniu plakatów. Była niesprzyjająca pogoda, kilka dni od rana do wieczora chodziłam po mieście, doświadczając miłych momentów, kiedy ludzie wyrażali zainteresowanie plakatami i frustrujących, kiedy w jakimś miejscu odmawiano mi możliwości ich umieszenia. Po trzech dnia zaczęłam doświadczać niezwykle przyjemnego, niemal euforycznego stanu. Na jego bazie mogłabym powiedzieć, że oto odkryłam życiowe powołanie. Przyjrzawszy się jednak dokładniej sytuacji, stwierdziłam, że stan ów był efektem ruchu fizycznego połączonego z przebywaniem na świeżym powietrzu, czego w tamtym momencie bardzo mi brakowało.

Co się dzieje, kiedy kierujemy się myśleniem? Kierujemy się wtedy pewnymi wyabstrahowanymi symbolami, którym przypisujemy określone znaczenia i mamy możliwość większego korzystania z doświadczenia innych osób, czyli kreując naszą wizję możemy się odwołać do czegoś, co nigdy nie było naszym doświadczeniem. W tym układzie, możemy sobie bardziej lub mniej świadomie wykreować wizję daleko odstającą od naszych dotychczasowych doznań. Kiedy zaczynamy następnie realizować ważne dla jej realizacji zadania, może się okazać, że wcale nie jest to łatwe, mile i przyjemne. Musimy oduczać się wielu nieefektywnych w nowych sytuacjach nawyków i uczyć nowych, co często jest trudne i frustrujące. Kiedy jednak pokonamy te trudności i po jakimś czasie wejdziemy na poziom dobrego opanowania nowych kompetencji, zaczynamy doświadczać przyjemności. W tym układzie nasza misja jest wykreowanym przez nas wolnym wyborem, swego rodzaju eksperymentem i potrzebujemy się dopiero nauczyć czerpania z niej satysfakcji i zadowolenia. Poczucie spełnienia pojawia się, kiedy czujemy się w czymś wystarczająco dobrzy, a na to potrzeba czasu. Często w kontynuacji tak sprecyzowanej misji utrzymuje człowieka nie jakaś szczególna pasja, ale żelazna wola, pragnienie bycia spójnym i konsekwentnym, narzucona sobie samemu wewnętrzna dyscyplina, a czasami brak innych perspektyw. Spełnienie może okazać się nagrodą, której nie zawsze się spodziewaliśmy i która nie zawsze przychodzi. Bywa np., że człowiek wybiera studia, bez jakiejś szczególnej pasji, bo w końcu coś „trzeba” wybrać, aby potem, po pokonaniu wielu trudności i chwil zniechęcenia, osiągnąwszy pewien poziom wiedzy, odkryć zachwyt niespodziewanym zrozumieniu zawiłego problemu czy radość z wykonywanej pracy. Ta droga, aczkolwiek wyboista, daje nam szanse przekroczenia naszego przeznaczenia wykreowanego przez przeszłość i udania się na odkrywanie nowych i nieznanych obszarów z całym związanym z tym ryzykiem i wszystkimi dostępnymi na tej drodze nagrodami. W tym układzie jednak misji nie odkrywamy, ale ją stwarzamy.

Podsumowując:

Możemy określić naszą misję kierując się przeszłymi przyjemnymi doświadczeniami i poszukując ich kontynuacji, np. wybieramy studia medyczne, bo nasi rodzice byli lekarzami i braliśmy udział w ich zadowoleniu z pracy, stymulowali też rozwój naszych kompetencji w tej dziedzinie, chwalili nas za sukcesy albo mieliśmy miły kontakt z lekarzem w przychodni, albo byliśmy w szkole dobrzy z biologii i chemii, albo mamy dobre doświadczenia wyniesione z pomagania innym. Jakkolwiek to nazwiemy, czy realizacją naszego powołania, realizacją karmy czy rozwijaniem naszego talentu, możemy korzeni naszego wyboru doszukać się w przeszłości, czasami nawet tak wczesnych jak życie płodowe, czy życie przed życiem. Ostatecznie jednak obracamy się w kręgu doskonalenia tego, co już znane i ostatecznie przesytu i wypalenia. Mamy wrażenie, że wszystko już było i nie dzieje się nic nowego, osiągnęliśmy poziom mistrzowski i już możemy tylko powtarzać sami siebie. Bywa jednak, że na osiągniecie tego stanu nie starcza nam życia i do końca cieszymy się realizacją naszej szczególnej misji.

Możemy określić naszą misję kierując się wizją stworzoną na bazie doświadczeń odmiennych od naszych, na podstawie wolnego wyboru opartego na przemyśleniach. Możemy np. wyprowadzić naszą wizję z analizy potrzeb społeczeństwa, w jakim żyjemy, przeczytanych życiorysów innych osób, artykułów w gazecie czy rozmów z innymi ludźmi. Możemy świadomie zdecydować się na wykonywanie zadań, jakich dotąd nie wykonywaliśmy, aby spróbować czegoś nowego, rozwinąć się i znaleźć nowe obszary działania lub bardziej banalnie wziąć pracę, jaka jest dostępna, mimo, że nie stanowi szczytu naszych marzeń. W tym celu, możemy też świadomie dołączyć się do misji innej osoby. W takim układzie może się okazać, że na satysfakcję trzeba poczekać i sporo się napracować i tu z kolei, może nam nie starczyć szycia na osiągniecie poziomu, na jakim się pojawia.

Oba te sposoby, w gruncie rzeczy się dopełniają i płynnie przechodzą jeden w drugi, umożliwiając nam rozwój. Jeśli robienie czegoś nas cieszy, znaczy to, wciąż jeszcze mamy przed sobą perspektywę rozwoju, ale kiedy zaczynamy się nudzić, wskazuje to, że dojrzeliśmy do czegoś nowego. W poszukiwaniu misji, sztuką jest odróżnienie jednego od drugiego.

Inna opcja:

A co, jeśli w ogóle ktoś się nad tym nie zastanawia, żyje z dnia na dzień, bez robienia czegoś szczególnego, śpi, je, pracuje, ogłada telewizję, robi zakupy, wypije ze dwa piwa i idzie spać? Życie bez wielkich wzlotów, bez wielkich upadków. A czy misja musi się łączyć z wielką pasją, ekscytacją i szczególnymi przeżyciami? A co, jeśli misją takiego człowieka jest przeżyć proste, stereotypowe życie? Albo, jeśli zadaniem takiej osoby jest zrozumieć jak to jest, kiedy pędzi się życie standardowe, nie zastanawiając się, nie szukając niczego szczególnego? Trochę jak wakacje od rozwoju, bo w końcu, nawet w tej kwestii mamy wolny wybór. Choć w naszej kulturze cenimy powszechnie rozwój i namawiamy do niego, stanowi on tylko jedną z możliwych opcji. Ludzie, którzy wybierają coś innego pokazują ludziom nastawionym na rozwój wartość status quo, spokoju, pogodzenia się z tym, co przynosi kolejny dzień, umiejętności cieszenia się małymi codziennymi radościami, bycia sobą w mało widowiskowy i spektakularny sposób, nie myślenia zbyt wiele. Jeśli tak właśnie chcą żyć, a my chcemy żyć inaczej nie powinniśmy ich krytykować, ani nawracać na swój, w domyśle – „lepszy”, punkt widzenia, gdyż wtedy zamiast realizatorami własnej misji stajemy się misjonarzami. Może nam się zacząć z czasem wydawać, że nasza misja jest szczególna, że należałoby cały świat skłonić do jej realizacji. Bywa, niestety potem, że misjonarz w swoim zapędzie do nawracania całego świata, zapomina o potrzebie realizowania misji, jaką głosi we własnym życiu.

Krystyna Kozikowska-Koppel

[1] http://sjp.pwn.pl

[2] Atraktor – wyróżniony podzbiór możliwych stanów układu, do którego nieuchronnie zmierza ewolucja układu.