Czy rzeczywiście chcemy być piękni i zdrowi?

W naszym społeczeństwie można zauważyć, z jednej strony, coraz większe zainteresowanie ciałem i zdrowiem – piękne, zdrowe ciało postrzegane jest jako istotna wartość. Bycie pięknym i zdrowym wydaje się otwierać drzwi do sukcesu i szczęścia Napisano wiele artykułów i książek radzących jak mieć piękne i zadbane ciało. Mamy już nawet firmy specjalizujące się w kreowaniu wizerunku. Poświecono temu zagadnieniu wiele stron internetowych. Powstają coraz to nowe salony fryzjerskie, gabinety odnowy biologicznej, ośrodki SPA, gdzie w przeciągu kilku dni, sztab specjalistów jest gotowy zadbać oto, abyśmy stali się piękniejsi i zdrowsi. Drogo, ale wielu płaci. Nie ulega wątpliwości, że chcemy być piękni i zdrowi, w każdym razie przeważająca większość z nas. Widać to po rosnących dochodach firm odzieżowych, kosmetycznych, farmaceutycznych, wzrastających cenach hotelowych w różnych kurortach, modzie na cudowne diety.

Z drugiej strony, obserwując uważnie to samo społeczeństwo, możemy zauważyć, że ludzie coraz bardziej zaniedbują swoje ciała i ich potrzeby. Dbając o to, aby pięknie wyglądały, wprowadzają równocześnie, często bez zastanowienia i analizy, do ich wnętrza szkodliwe substancje. Wchłaniają z żywnością i kosmetykami niezliczoną ilość toksycznych barwników i konserwantów, katują płuca dymem tytoniowym, wątrobę alkoholem. Jedzą za słodko, za słono, za tłusto, zbyt dużo mięsa. Wzięta pod lupę, standardowa dieta, zabieganego człowieka XXI wieku okazuje się mieć niewiele wspólnego z wspierającą zdrowie i urodę żywnością. W 700–1000 kg żywności, którą wchłania każdy z nas przeciętnie  w ciągu roku, znajduje się ok. 6–8 kg dodatków chemicznych: konserwantów, sztucznych barwników, metali, pestycydów i innych substancji, które zdecydowanie nie są żywnością.[1] Często w biegu zapychamy żołądek tym, co pod ręką, nadmiernie ufamy reklamom, łapiemy się na lep niskich cen, niektórzy z nas nawet nie sprawdzają daty ważności produktu. A nade wszystko, nie bardzo mamy czas, aby o to zadbać, podobnie jak nie mamy czasu aby rozszyfrowywać specyficzne potrzeby naszego organizmu. Ciągle jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia, np. do obejrzenia kolejny odcinek naszego ulubionego serialu lub ambitniej – kolejne zlecenie.

Współcześni ludzie zaniedbują też konieczny dla zdrowia i dobrego wyglądu ruch fizyczny. Trudno się dziwić; w stechnicyzowanym świecie spada coraz bardziej ilość bodźców motywujących do ruchu fizycznego. Już w szkole kilka godzin wf-u tygodniowo nie równoważy czasu spędzanego w bezruchu szkolnej ławki. Gdy nie ćwiczymy naszych mięśni, ich sprawność staje się ona coraz słabsza. Przykładem może tu być sprawność dominującej, częściej ćwiczonej ręki Można bez żadnych problemów zauważyć jej większą precyzję ruchów. Jednak nikogo to nie niepokoi, nie potrzebujemy większej sprawności drugiej ręki. Podobnie nie zauważamy jak bardzo słabła nasza ogólna, fizyczna kondycja w odniesieniu do naszych przodków. Coraz doskonalsze i bardziej zaawansowane zdobycze techniki powodują, iż człowiek nie czuje na co dzień ważności, a więc potrzeby dbania o własną kondycję fizyczną. Fizyczna siła, sprawność czy zwinność nie decyduje już o naszym przetrwaniu, jednak o stanie zdrowia, wyglądzie i samopoczuciu tak.

Po wielu godzinach pracy, często spędzonych w bezruchu lub ruchowo bardzo ograniczonych, wsiadamy do samochodu, a potem znów bez ruchu spędzamy czas przed telewizorem. Z wiekiem, ruszamy się coraz mniej. Bezruch szkodzi urodzie i sprzyja tyciu, a tycie szkodzi zdrowiu i sprawia, że mniej chętnie się ruszamy. Brak ruchu w połączeniu z nieprawidłowym odżywianiem się powodują postępujące osłabienie organizmu i przeciążenie toksynami, co prowadzi miedzy innymi do: spadku odporności, przewlekłego zmęczenia, bólu głowy, problemów z koncentracją. Skutkiem dalekosiężnym jest przedwczesne starzenie się i degeneracja organizmu. Paradoksalnie wraz ze wzrostem postępu technicznego umożliwiającego nam dłuższe i zdrowsze życie, wzrasta ilość chorób spowodowanych niedostateczną ilością ruchu.

Weźmy np. pod uwagę nasz kręgosłup. Brak dbałości o ten osiowy element naszej kostnej konstrukcji powoduje najpierw minimalne zmiany – drobne napięcia mięśni wokół kręgosłupa, później drobne zwyrodnienia, na końcu rozwinięte pełnoobjawowe zespoły bólowe, charakterystyczne kiedyś dla staruszków, a dziś dotykające nawet młodzież. Na samym bólu jednak się nie kończy. W zależności od odcinka, w którym nastąpiła dysfunkcja mogą pojawić się bóle głowy, katar, choroby gardła, tarczycy, wszelkiego rodzaju stany zapalne, choroby pęcherza moczowego, zaparcia, skurcze mięśni nóg, rozregulowanie cyklu miesiączkowego, rozdrażnienie, nerwowość, bezsenność, itd. Wg amerykańskich naukowców, ok. 60% chorób ma swoje źródła w złym stanie kręgosłupa. Trzeba by ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć, a to czas, ale też dyscyplina i zmaganie się z oparem materii. Jak zaczynamy ćwiczenia, często orgiazm reaguje bólem. Trzeba samozaparcia, aby wzmocnić słabe mięśnie, uelastycznić spięte.

Nie dość, że źle się odżywiamy, zbyt mało ruszamy, mamy zwichrowany kręgosłup, to jeszcze gdzieś zatraciliśmy umiejętność prawidłowego oddychania. Tymczasem nasz stan zdrowia, urody, samopoczucie, a nawet długość życia zależą w znaczący sposób od tego jak oddychamy. Oddychanie to coś, nad czym większość ludzi się nie zastanawia, oddychanie jest odruchem; wdech – wydech, nic prostszego. Tymczasem większość z nas oddycha płytko, jedynie szczytami płuc, podczas gdy 80 proc. potrzebnego nam tlenu wchłaniane jest w ich dolnej partii. W takim układzie, z każdym wdechem zapewniamy sobie zaledwie jedną piątą dawki niezbędnej dla sprawnego funkcjonowania organizmu. Żeby zaopatrzyć organizm w dostateczną ilość powietrza, musimy więc oddychać szybciej, ale szybki rytm oddechowy jest charakterystyczny dla stresu. Im szybciej oddychamy, tym bardziej czujemy się zestresowani. Skoro czujemy się zestresowani, to pewnie jest tego jakiś powód, a jak chcemy znaleźć powód, to zawsze go znajdziemy, a jak już znaleźliśmy to często okazuje się, że odkrywamy, iż jest on bardzo irytujący i zaczynamy się sami nakręcać i tak wpadamy w błędne koło. Trudno nam to zauważyć, bo nie poświęcamy dość czasu na introspekcję. Rejestrujemy np. ból głowy. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, że długotrwałe, nieprawidłowe oddychanie, jakie sobie fundujemy, prowadzi do niedotlenienia mózgu, którego najczęstszymi objawami są uporczywe bóle głowy. Rejestrujemy, że jesteśmy zestresowani, a do stresu dołączyły się bóle głowy. No i już wiemy! Jesteśmy tak zestresowani, że aż nas rozbolała głowa! To pewnie te problemy w pracy, są rzeczywiście paskudne! Co za atmosfera, jak tu się w takim układzie skoncentrować na pracy! Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gdybyśmy oddychali głębiej i wolniej, czulibyśmy się bardziej zrelaksowani i wypoczęci, praca szłaby nam lepiej (niewłaściwe oddychanie znacznie pogarsza koncentrację) i może w ogóle nie zauważylibyśmy tych trudności, albo spostrzegalibyśmy je wręcz jako interesujące wyzwanie.

Płytkie oddychanie, wyłącznie szczytami płuc, nie tylko wprowadza nas w niepotrzebne zdenerwowanie, ale pogarsza stan cery, włosów i paznokci. Zwiększa ryzyko chorób układu krwionośnego, gdyż wywieramy podczas niego niepotrzebny nacisk na serce. A ponieważ mechanizm oddechowy jest ściśle związany z autonomicznym układem nerwowym, może również spowodować zaburzenia hormonalne bądź problemy z trawieniem. Z drugiej strony, procesy oddychania i trawienia są tak ściśle ze sobą powiązane, że prawidłowe oddychanie nie tylko lepiej dotlenia, ale również pomaga zrzucić nadwagę i oczyścić organizm z toksyn.

Do tego, nie dość, że nieprawidłowo oddychamy, to jeszcze żyjemy w zadymionych miastach i wsiach, spalając z oszczędności rzeczy generujące toksyczne dymy, które wchłaniamy do płuc. Zawarte w nim szkodliwe substancje nie tylko wdychamy, osadzają się one też na roślinach i owocach w naszych ogrodach i na polach, a następnie są przez nas zjadane.

Jeśli do tego palimy papierosy – dokładamy sobie do regularnego niedotlenienia i chemii uwalnianej z dymem z niefrasobliwie wrzucanych do pieca kubłów na śmieci kolejną regularną dawkę toksyn. Inwestujemy w nieświeży oddech, szarą i wysuszoną skórę, żółte plany na palcach, suche i matowe włosy, zachrypnięty “przepalony głos” i całe mnóstwo innych interesujących opcji, o jakich informacje są dostępne dla każdego palacza na… opakowaniu jego ulubionych papierosów. Dosłownie, inwestujemy „ciężko”, jak to się mówi, zarobione pieniądze w chorobę zarówno własną jak i naszych bliskich czy sąsiadów, którzy być może nie palą, być też może nie wyrzucają śmieci do domowego paleniska. Ale choroba jest odległą i niepewną perspektywą, a dymek z papieroska natychmiastową przyjemnością, spalone śmieci obniżają bieżące koszty ich wywozu.

Jakby było jeszcze tego mało, nie umiemy wypoczywać. Mimo wysokiego cenienia luzu, niewielu z nas umie się tak naprawdę wyluzować, odpuścić sobie, rozluźnić stale sprężone do działania mięśnie. Niewielu umie kontemplować piękno przyrody w ciszy umysłu. Współczesna cywilizacja ceni bardzo mocne oddziaływanie silnymi bodźcami zewnętrznymi. Aby się zrelaksować siadamy więc przed ekranem telewizora lub komputera i bodźcujemy się scenami nie tylko mocnymi, ale niekiedy wręcz brutalnymi. Oglądamy już nie tylko programy hałaśliwe i emocjonujące, ale też pokazujące zadawanie cierpienia, uśmiercanie, brutalne sceny seksualne. Stajemy się przez to niewrażliwi na codzienne, normalne, bardziej delikatne bodźce, ale i też spięci, bo umysł reaguje na to, co oglądamy podobnie jak na faktyczne wydarzenia. Dodatkowo więc, po porcji napięć w pracy, fundujemy sobie porcję napięć z ekranu, a ciało skazane na bezruch nie ma jak się ich pozbyć.

Przyzwyczajeni do ciągłego krzyku i hałasu, nie umiemy przebywać w całkowitej ciszy i spokoju, nie umiemy odczuwać siebie i rozpoznać, na początku subtelnych, sygnałów przeciążenia lub dysfunkcji. Mogłyby one nam pokazać, że np. nasza świetna praca jest dla nas w gruncie rzeczy toksyczna, nie lubimy swoich znajomych, partner stał się już dla nas dawno obcym człowiekiem, a kontakt z dziećmi pozostawia wiele do życzenia, że w ogóle to nasze życie zmierza w jakimś dziwnym, nie do końca pożądanym kierunku, albo nie tak drastycznie, że np. przydałoby się pójść do dentysty, bo coś tam się z tym zębem dzieje, a tu akurat kasy brak. Często wolimy tego nie wiedzieć, bo wiedzieć, znaczyłoby zostać zmobilizowanym do zmiany, a to oznacza drogę w nieznane. Nigdy nie wiemy, czy nie wpadniemy z deszczu pod rynnę

Kiedy pozwalamy sobie na wyciszenie wewnętrzne i milczenie zewnętrzne, w pierwszej chwili ujawniają się, dławione do tej pory w głębi: niepokój, zagubienie, poczucie winy, żalu i krzywdy, agresja czy wręcz nienawiść wobec innych, kompleksy niższości lub też pragnienia, do jakich nie chcemy się przyznać. Cisza konfrontuje nas z tym, jacy naprawdę jesteśmy. Nie chcemy tego czuć, bo czuć to wszystko znaczyłoby musieć coś z tym zrobić, a to oznacza zmiany i opuszczenie tej względnej sfery komfortu, jaką sobie już zbudowaliśmy. Unikając jednak konfrontacji z niechcianymi aspektami siebie, nie tylko odwracamy od nich uwagę silniejszymi bodźcami, ale tworzymy blokady w naszym umyśle i napięcia w ciele. W efekcie spędźmy całe nasze życie w nadmiernym napięciu i nie rozluźniamy się w pełni, nawet śpiąc, co ma znaczący wpływ na nasze zdrowie i urodę. Można np. zauważyć, że po wykonaniu głębokiej relaksacji, twarze ludzi stają się piękniejsze. Podczas rozluźnienia całego ciała, zmniejsza się tempo pracy serca i ciśnienie krwi, a oddychanie staje się wolniejsze, fale mózgu się uspokajają i zaczyna on pracować w bardziej zsynchronizowany sposób, organizm przestawia się na tryb regeneracji i odnowy. Jednak, aby uzyskać rzeczywiście głęboki stan relaksacji, trzeba przejść przez swoiste piekło zablokowanych w napiętych mięśniach emocji. No, to już może już lepiej siąść przed telewizorem i zafundować sobie koleją dawkę zagłuszaczy.

Z jednej strony, jesteśmy gotowi zainwestować fortunę, aby poprawić to i owo w naszym wyglądzie korzystając z usług wyspecjalizowanych gabinetów, przynajmniej na jakiś czas, z drugiej strony robimy sporo aby popsuć swoje zdrowie i urodę. Np. wydajemy niebagatelne sumy na kosmetyki, które mają utrzymać, a wręcz  poprawić stan naszej urody. Tymczasem, przy bliższym poznaniu, okazuje się, że zawarta w nich chemia, jaka ma urodę chronić i  poprawiać, odsłania swoje ciemne oblicze. Cudowne środki wmontowane w kosmetyki nie tylko nie pomagają, ale bywa, że wręcz szkodzą. Jednak niewiele osób zadaje sobie trud, aby przestudiować etykietki i rozszyfrować chemiczne nazwy, nie mówiąc o wynikach badań. Nie dość, że druk drobny, to jeszcze sporo trzeba się naszperać. Kiedyś poświęciłam na to miesiąc czasu, tylko po to, aby odkryć, że moje ulubione kosmetyki nadają się tylko do kosza, co więcej, że zostałam wprowadzona w błąd przez konsultantkę firmy, która zapewniała mnie, iż są one w pełni naturalne i nie zawierają żadnych chemicznych dodatków. Objawiało mi się, że być może nie tylko nie chronią mnie one przed defektami skóry w postaci wyprysków, ale wręcz je wywołują.

Przy dokładniejszej analizie okazuje się, że co prawda większość ludzi chce być piękna i zdrowa, ale równocześnie chce to osiągnąć bez własnej pracy i wysiłku, konfrontacji z trudnościami, nie zmieniając niczego i nie rezygnując z własnych szkodliwych nawyków.

I co to jest? Ano – NORMALKA…

Krystyna Kozikowska-Koppel

[1] http://www.eioba.pl/a78168/dodatki_do_ywno_ci_czyli_o_tym_czym_si_trujemy#ixzz17RXQPR89